niedziela, 4 października 2009

Coraz dalej na poludnie

Dojechalem juz do Dakhli. Jutro ruszam w dalsza droge. Do granicy pozostalo niecale 400 km.

Coraz czesciej mam wrazenie, ze caly czas stoje w miejscu. Nie jest to wina wiatru, ktory okazuje mi duza laskawosc. O co wiec chodzi? Krajobraz przypomina zawieszony na scianie nieruchomy obraz. Wlasciwie jest on niezmienny. Patrze jedynie na czerwono biale betonowe slupki, na ktorych zmienia sie ilosc kilometrow. ustawione co dwa kilometry sa jedyna oznaka, ze cokolwiek w calym otoczeniu ulega zmianie. Prosta, plaska droga przemierza przestrzen, ktora jest wrecz przytlaczajaca. Mozna daremnie wytezac wzrok zeby dojrzec jej koniec. Ogarnac mozna tylko niewielki jej fragment, ulamek zaledwie, czasteczke. Prozno wypatrywac, ze linia horyzontu zacznie sie nagle zmieniac. Monotonia, ktora drazy psychike wkrada sie niepostrezenie do codziennej rzeczywistosci. Coraz czesciej trzeba zaciskac zeby i po prostu jechac przed siebie. Nie wiem czy mozna sie do tego przyzwyczaic, trzeba przez to przebrnac, a do konca jeszcze setki kilometrow pustyni. Nie przejezdzam juz przez wioski. Czasami raz na sto kilometrow pojawia sie stacja benzynowa lub restauracja. Budynek dlugo faluje wowczas w oddali jakby poruszany podmuchami wiatru, az wreszcie zaczyna sie zblizac. Zatraca sie powoli poczucie rzeczywistosci w takiej przestrzeni.
Pustynia, pustynia, pustynia. Pewnie wyjdzie na to, ze sam nie wiem czego chce, ale zaczynam chyba tesknic za gorami. Marzyla mi sie prosta droga bez podjazdow. Oto i ona. Nawet wiatr jest sprzyjajacy, wiec na co narzekac. Wieje taka nuda, ze gdyby nie goniacy mnie przez chwile pies to usnalbym na rowerze. Juz zaczynaly mi sie zamykac powieki. Po tym jednak wyostrzyla mi sie czujnosc. Nerwowo ogladam sie na kazda szeleszczaca na wietrze czarna reklamowke, upatrujac w niej czworonoznego napastnika. Nawet przygotowalem kilka kamieni, ktore leza w kasku zawieszonym na kierownicy. W razie potrzeby jest to moj jedyny srodek obronny, nie liczac roznych odglosow, ktore mozna wtedy wyartykulowac. Tak... jade i podziwiam widoki. Napawam sie ich nietuzinkowym pieknem przez setki kilometrow. Po lewej stronie pustynia, po prawej dla odmiany... pustynia.
Gwiezdziste niebo podczas nocy na saharze jest jedbak tak magiczne, ze nie zamienilbym tego na nocleg w zadnym hotelu. I zadna ilosc gwiazdek mnie nie skusi, bo moj "apartament"ma ich pod dostatkiem. Na czarnym jak smola niebie iskrza sie intensywnie jakby mialy dodatkowe zasilanie. Droga Mleczna jest tak widoczna, ze przypomina oswietlona autostrade i tworzy na niebie szeroka biala lune. Czesto zdarza mi sie w nocy wychylac glowe z namiotu i spogladac do gory. Nie znam sie konstelacjach, nie potrafie czytac z gwiazd, ale odnajduje tam cos fascynujacego. Taki nocny seans nie trwa zbyt dlugo bo moje powieki szybko robia sie ciezkie i buntuja sie, ze zmuszane sa do wysilku o tak nieprzyzwoitej porze.
O poranku ponownie slysze odglos trzepoczacego tropiku i charakterystyczne syczenie ziarenek piasku, ktore sie o niego obijaja. Namiot caly az sie ugina od podmuchow. Chyba pustynny harmatan na dobre sie przebudzil i teraz bedzie mnie nekal swoja obecnoscia. Wieje zdecydowanie mocniej niz zwykle. psychicznie przygotowuje sie na poranne "zapasy" z namiotem, ktorego bede musial "rozlozyc na lopatki", zeby lezal plasko na ziemi. Z mojej strony nie bedzie to czysta gra bo uzyje jak zawsze ciezkich kamieni. Nie mozna sie z nim dogadac po dobroci i jest to jedyna skuteczna metoda. Wychodze na zewnatrz zeby zrobic kilka zdjec wschodzacego slonca, ktore zaczyna malowac wspanialy pejzaz na potarganych cirrusach. Natychmiast uderza we mnie zimne powietrze naplywajace od strony pustyni. Jest naprawde zimno. Podczaz robienia zdjec dretwieja mi palce. Chowam sie do srodka, ale i tak nie ma sensu dluzej tego przeciagac. Warunki na pewno sie nie poprawia, a ruszac w dalsza droge trzeba. Powostaje jeszcze tylko poskladanie namiotu, "koronna konkurencja". Wyjmuje z podloza sledzie jeden po drugim. Nagle namiot jakby poczul zew wolnosci i postanawia odfrunac. Dobrze, ze trzymam jeszcze ostatnia linke bo inaczej szybowalby teraz nad Atlantykiem. Namiot unosi sie niczym latawiec. Sciagam go na ziemie i w pewnym momencie slysze trzask. Lamie sie aluminiowa konstrukcja i przebija tropik robiac w nim duza dziure. Wiedzialem, ze tak wlasnie sie to skonczyc. Namiot natychmiast zwija sie w klebek. Odplatuje go, zwjam i chowam do worka. Aluminiowa rurke konstrukcji trzeba usztywnic w miejscu pekniecia. Rozgladam sie dookola szukajac czegos co by sie do tego nadawalo. Jest. Aluminiowa puszka po sardynkach, ktore jadlem na kolacje. Wyjmuje z niej lekko powyginane przykrycie i formuje cos na ksztalt rurki. Wkladam do srodka obydwa konce zlamanej konstrukcji i calosc owijam bardzo dokladnie tasma. Wyglada na to, ze powinno wytrzymac kolejne ataki wiatru.
Pustynie zaczyna nabierac delikatnych rumiencow, a droga wije sie pomiedzy piaszczystymi wzniesieniami. Trwa to jednak tylko chwile i ponownie otacza mnie rozciagajaca sie jak okiem siegnac plaska przestrzen. Nie opuszczaja mnie spryjajace wiatry i szybko docieram do skrzyzowania przed Dakhla. Po raz kolejny moja intuicja zaczyna dawac mi jakies znaki. Moze jednak warto nadlozyc te 80 kilometrow i pojechac do Dakhli? Tak wlasnie postanawiam zrobic. Wysylam wiadomosc do Phila i Elspeth, ktorych poznalem w Laayoune. Od ponad roku mieszkaja oni w Dakhli. Pisze, ze znajde chwile czasu zeby ich odwiedzic. Natychmiadt otrzymuje odpowiedz, ze moge przyjechac kiedy tylko mam ochote. Elspeth pisze, ze Phil jest chory, zlapal grype, ale na wlasne ryzyko moge u nich sie zatrzymac. W takim razie jutro z samego rana bede w Dakhli. Tymczasem rozbijam namiot na pustyni. Pekniety stelaz trzyma sie doskonale. Powinien wytrzymac te kilkanascie nocy.

1 komentarz:

  1. witam, widze ze dobrze Ci idzie, no co Ty na psine z kamieniami, nieladnie. pozdrawiam i zycze cierpliwosci w pokonywaniu pustynii, powodzenia na granicy.

    OdpowiedzUsuń