poniedziałek, 19 października 2009



Dojechalem juz do Dakaru, na liczniku 7835 km (plus te felerne 300 w campervanie:))
21 pazdziernika odlatuje do Mediolanu, a 23 wyladuje o 12.35 Krakowa. Do Konina wroce jednak wygodnie samochodem:) Prezentacja z wyprawy z pewnoscia sie odbedzie, ale trudo mi teraz powiedziec na kiedy ja przygotuje bo troche zaleglych spraw musze pozalatwiac, a niektore poodkrecac. Pozdrawiam i do nastepego razu... z jakiegos innego zakatka naszego pieknego globu.

P.S.
Sorki, ze tak krotko i zwiezle, ale czas mnie goni. Musze znalezc jeszcze jakies lokum na noc i wyjechac z cetrum Dakaru, co nie jest wcale takie proste:)

sobota, 17 października 2009

burzliwa koncowka

Na sam koniec wysypala sie na mnie doslownie lawina przygod ktore nie pozwalaja mi sie odprezyc nawet na chwile. Zaczynalem juz czuc rozluznienie podroza, ktora dobiega konca, ale nie ma tak lekko. Po awarii na pustyni, dwa dni temu dowiedzialem sie, ze moj lot z Dakaru do Rzymu zostal odwolany i linie lotnicze moga mi zaproponowac w zamian polaczenie do Mediolanu na 21 pazdziernika, czyli o dwa dni wczesniej. Zgodzilem sie bo z Europy to zawsze blizej do Polski niz z Afryki. Musialem kupic jeszcze nowy bilet do Polski bo poprzednio mialem leciec z Rzymu do Poznania. Zamienil sie wiec termin mojego powrotu do kraju. Przylece do Krakowa 23 pazdziernika. Nastepnie do Konina wroce pociagiem, jakie polaczenie jeszcze nie wiem, okaze sie co mi sie trafi w Krakowie, ale powinienem byc w Koninie wieczorem 23 pazdziernika. Postaram sie zamiescic informaje na blogu 23 pazdziernika.
Kolejna przygoda rowniez niezbyt mila spotkala mnie na granicy w Rosso, o ktorym slyszalem przed wyjazdem, ze nie jest to zbyt przyjazne miejsce. Chwila nieuwagi i bum, portfel rozplynal sie wyparowujac jak kamfora. Paszport zostal wiec tyle chociaz dobrego. Nie mialem karty, a gotowki tez nie za wiele zostalo, trzeba bylo szybko kupic bilety i potwierdzic zmiany przez internet, ktorego oczywiscie trudno bylo uswiadczyc. Po prostu esencja podrozowania. Ale nie ma tego zlego, zawsze w takich sytuacjach spotykam ludzi, ktorzy oferuja bezineresowna pomoc. Tak samo bylo i tym razem, wiec jest dobrze:) Obecnie siedze sobie u poznanych francuzow w Saint Louis w Senegalu ok. 250 kilometrow od Dakaru i za chwile wychodzimy na plaze bo jest strasznie goraco... ponad 30 stopni, chyba w Polsce mamyt roche chlodniej...
Do zobaczenia w Koninie i mam nadzieje, ze co ma sie chlodzic to jest juz w lodowce:)

poniedziałek, 12 października 2009

Z malymi klopotami, ale wazne, ze do przodu..

Obecnie jestem w stolicy Mauretanii, Nawakszut. Kilka dni temu mialem klopoty z rowerem na pustyni i dalsza jazda byla niemozliwa, wiec do Nawakszut dojechalem razem z francuzami, ktorzy akurat przejezdzali i zabrali mnie do swojego samochodu kempingowego. Teraz czekam na wize do Senegalu i w czwartek ruszam dalej. Pzostalo juz tylko 600 kilometrow i mam nadzieje, ze rower ostatkiem sil, ale dowiezie mnie do Dakaru:)

Przez noc przed szlabanem ustawila sie spora kolejka samochodow. Patrzac na niektore z nich nie mozna oprzec sie wrazeniu, ze samochod osobowy przypomina tutaj bardziej mala ciezarowke. Nikt z nas nie wpadlby nawet na pomysl zeby na dach, czy zamknieta klape tylnego bagaznika zaladowac taka ilosc rzeczy. Walizki, rowery, meble pietrza sie czasami na wysokosc trzech metrow, a cala konstrukcja wygieta w jedna strone przypomina krzywa wieze w Pizie. Wszyscy dziwia sie, ze jeszcze stoi i zastanawiaja sie jak to jest mozliwe. Zdarza sie, ze na samej gorze siedzi wystraszona owca zwinieta w klebek, ktora mozna porownac do wisienki na pietrowym torcie.
Tuz przed godzina 9 kiedy otwierana jest przejscie graniczne z Mauretania kazdy z oczekujacych konczy dopalac papierosa i uruchamia silnik samochodu. Podjazdza jak najblizej stojacego z przodu pojazdu zeby nikt sie nie wcisnal i nie zabral wyczekanego przez noc miejsca. Policja zaczyna przepuszczac kolejne samochody i jedyny rower, a po zalatwieniu formalnosci zaczyna sie "pas ziemi niczyjej". Przejezdzajac przez szlaban slysze za soba " bonne route" wypowiedziane przez straznika przekornie z lekkim usmiechem dla podkreslenia charakteru miejsca do ktorego wlasnie wkraczam. Okryty zla slawa "no man's land" to zaminowana kilku kilometrowa przestrzen pomiedzy Marokiem, a Mauretania. Tutaj urywa sie asfalt i rozpoczyna kamienista, zapiaszczona droga. Trudno wlasciwie nazwac to droga. Raczej platanina sladow pozostawionych przez samochody. Te, ktorym udalo sie w przeszlosci przejechac bo juz na samym poczatku strasza spalone wraki samochodow. Wizja "morderczj przeprawy" do Mauretanii, ktora przede mna roztaczano przed wyjazdem okazuje sie jakas bajka. W kilku miejscach musze pchac rower w grzaskim piasku, ale jezeli trafi sie na wlasciwa " droge", a nie jest to takie trudne jezeli przejezdza jakis samochod, to nie ma wiekszych problemow. Nie jest to oczywiscie spacerek, ale przesada jest mowienie, ze czeka nas 5 kilometrow pchania roweru. Pojawiaja sie wreszcie budynki po stronie Mauretani i zbliza sie kluczowy dla podrozy moment. Probuje przez chwile postawic sie w sytuacji, gdy w moim paszporcie nie pojawi sie pieczatka uprawniajaca do wjazdu na teren Mauretanii , ale ... zupelnie niepotrzebnie. Bez zadnego klopotu dostaje wize, niestety tylko na trzy dni. Mozna ja przedluzyc w Nawakszut, ale do przejechania pozostaje ponad 400 kilometrow. Zabieram sie wiec szybko do pracy. Po kilku minutach czuje, ze cos sie dzieje z tylna opona, ktora przybrala dziwny ksztalt. Opona najwyrazniej nie wytrzymala wyboistej drogi i przedarla sie w srodku, co spowodowalo, ze sie zdeformowala. Zamieniam ja z przednia zeby zmniejszyc obciazenie i ruszam dakej. Czuje jak kierownica caly czas podskakuje pomimo rownego asfaltu, ale wazne, ze udaje sie pokonywac kolejne kilometry. Przychodzi mi to jednak z duzym trudem, bo Sahara dopiero teraz tak naprawde budzi sie do zycia pokazujac jak wymagajace jest podrozowanie rowerem przez pustynie. Bardzo silny boczny wiatr obrzuca mnie coraz wieksza iloscia piasku. Natychmiast przywiera on do spoconych nog, ramion i twarzy tworzac szorstka warstwe, ktora przypomina pumeks. Kazdy samochod ciagnie za soba sciane piasku, z ktora musze sie zderzyc, a podmuch przejezdzajacej z przeciwka ciezarowki kilka razy zrywa mape umieszczona na kierownicy i zdmuchuje czapke z mojej glowy. Z trudem moge utrzymac wowczas rownowage. Warunki staja coraz gorsze, a dodatkowo okazuje sie to byc pechowy dzien. Najpierw opona, a teraz peka szprycha i tylne kolo natychmiast sie wygina. Zatrzymuje sie, ale ciezko jest ustac na tak silnym wietrze. Gdy probuje ocenic sytuacje tkwiac przez chwile w bezruchu mam wrazenie, ze piasek calego mnie zaraz zasypie. Za trzy dni musze byc w stolicy Mauretanii, a za soba mam dopiero 60 kilometow przejechane w slabym tempie. Jakakolwiek naprawa w takich warunkach jest praktycznie niemozliwa. Gdy w oddali pojawia sie wiekszy samochod postanawiam go zatrzymac bo wydaje sie to jedyne rozwiazanie zeby dotrzec do Nawakszut na czas. Cecile i Dominiqoue podrozuja z Francji samochodem kempingowym. Mowie im jaki mam problem i pytam czy nie podrzuca mnie no Nawakszut. W pierwszej chwili dostrzegam w ich oczach jak kalkuluja czy wszystko zmiesci sie w ich samochodzie, ale od razu sie zgadzaja. Po zaladowaniu roweru z calym bagazem do srodka nie pozostaje tam zbyt duzo miejsca. Dla mlodych francuzow nie stanowi to jednak problemu, podobnie jak ja maja pozytywne podejscie do nieprzewidzianych sytuacji. Takie wlasnie jest podrozowanie.
Patrze przez przednia szybe jak falujacy piasek przecina jezdnie. Wijace sie zolte wstegi przypominaja moje mysli, ktorych cale mnostwo klebi sie teraz w glowie. Do konca pozostalo juz tak niewiele, a rower postanowil wlasnie teraz wydac ostatnie tchnienie? Zamiast pokonywac kolejne kilometry na rowerze siedze w samochodzie i troche z wyrzutami patrze jak topnieja kilometry na betonowych slupkach. Byc moze tak wlasnie mialo byc? Podroz juz nie raz mnie zaskoczyla szykujac inny, ciekawszy scenariusz. Sytuacja, ktora wydaje sie byc problemem i zmienia nasze dotychczasowe plany czesto jest poczatkiem nowej przygody. Nauczylem sie juz przyjmowac to co zsyla los jako nowe wyzwania, z ktorymi trzeba sobie poradzic. Czasami warto zaufac przeznaczeniu zamiast snuc tysiace rozwiazan na to co moze sie wydarzyc. Oprucz planowania podrozowanie uczy kiedy lepiej pozwolic rzeczom po prostu sie toczyc. Krete, wyboiste drogi zawsze w koncu prowadza do czegos dobrego.
Gdy zbliza sie wieczor zatrzymujemy sie na pustyni przy malej stacji benzynowej, czyli dwoch dystrybutorach wystajacych z piasku. Opadajace coraz nizej slonce zmeczone pracowitym dniem przybiera blado pomaranczowy kolor. Tutaj pustynia jest inna niz w Saharze Zachodniej. Jakby bardziej pasujaca do moich wyobrazen o afykanskiej o pustyni. W ciagu dnia bardzo goraca, a teraz ciezko dyszy oddajac cale zgromadzone cieplo, ktore powoli wyparowuje. Gdy wieczorem klade sie spac w moim namiocie czuje, ze ziemia jest jeszcze caly czas nagrzana.

niedziela, 4 października 2009

Coraz dalej na poludnie - zdjecia







































Coraz dalej na poludnie

Dojechalem juz do Dakhli. Jutro ruszam w dalsza droge. Do granicy pozostalo niecale 400 km.

Coraz czesciej mam wrazenie, ze caly czas stoje w miejscu. Nie jest to wina wiatru, ktory okazuje mi duza laskawosc. O co wiec chodzi? Krajobraz przypomina zawieszony na scianie nieruchomy obraz. Wlasciwie jest on niezmienny. Patrze jedynie na czerwono biale betonowe slupki, na ktorych zmienia sie ilosc kilometrow. ustawione co dwa kilometry sa jedyna oznaka, ze cokolwiek w calym otoczeniu ulega zmianie. Prosta, plaska droga przemierza przestrzen, ktora jest wrecz przytlaczajaca. Mozna daremnie wytezac wzrok zeby dojrzec jej koniec. Ogarnac mozna tylko niewielki jej fragment, ulamek zaledwie, czasteczke. Prozno wypatrywac, ze linia horyzontu zacznie sie nagle zmieniac. Monotonia, ktora drazy psychike wkrada sie niepostrezenie do codziennej rzeczywistosci. Coraz czesciej trzeba zaciskac zeby i po prostu jechac przed siebie. Nie wiem czy mozna sie do tego przyzwyczaic, trzeba przez to przebrnac, a do konca jeszcze setki kilometrow pustyni. Nie przejezdzam juz przez wioski. Czasami raz na sto kilometrow pojawia sie stacja benzynowa lub restauracja. Budynek dlugo faluje wowczas w oddali jakby poruszany podmuchami wiatru, az wreszcie zaczyna sie zblizac. Zatraca sie powoli poczucie rzeczywistosci w takiej przestrzeni.
Pustynia, pustynia, pustynia. Pewnie wyjdzie na to, ze sam nie wiem czego chce, ale zaczynam chyba tesknic za gorami. Marzyla mi sie prosta droga bez podjazdow. Oto i ona. Nawet wiatr jest sprzyjajacy, wiec na co narzekac. Wieje taka nuda, ze gdyby nie goniacy mnie przez chwile pies to usnalbym na rowerze. Juz zaczynaly mi sie zamykac powieki. Po tym jednak wyostrzyla mi sie czujnosc. Nerwowo ogladam sie na kazda szeleszczaca na wietrze czarna reklamowke, upatrujac w niej czworonoznego napastnika. Nawet przygotowalem kilka kamieni, ktore leza w kasku zawieszonym na kierownicy. W razie potrzeby jest to moj jedyny srodek obronny, nie liczac roznych odglosow, ktore mozna wtedy wyartykulowac. Tak... jade i podziwiam widoki. Napawam sie ich nietuzinkowym pieknem przez setki kilometrow. Po lewej stronie pustynia, po prawej dla odmiany... pustynia.
Gwiezdziste niebo podczas nocy na saharze jest jedbak tak magiczne, ze nie zamienilbym tego na nocleg w zadnym hotelu. I zadna ilosc gwiazdek mnie nie skusi, bo moj "apartament"ma ich pod dostatkiem. Na czarnym jak smola niebie iskrza sie intensywnie jakby mialy dodatkowe zasilanie. Droga Mleczna jest tak widoczna, ze przypomina oswietlona autostrade i tworzy na niebie szeroka biala lune. Czesto zdarza mi sie w nocy wychylac glowe z namiotu i spogladac do gory. Nie znam sie konstelacjach, nie potrafie czytac z gwiazd, ale odnajduje tam cos fascynujacego. Taki nocny seans nie trwa zbyt dlugo bo moje powieki szybko robia sie ciezkie i buntuja sie, ze zmuszane sa do wysilku o tak nieprzyzwoitej porze.
O poranku ponownie slysze odglos trzepoczacego tropiku i charakterystyczne syczenie ziarenek piasku, ktore sie o niego obijaja. Namiot caly az sie ugina od podmuchow. Chyba pustynny harmatan na dobre sie przebudzil i teraz bedzie mnie nekal swoja obecnoscia. Wieje zdecydowanie mocniej niz zwykle. psychicznie przygotowuje sie na poranne "zapasy" z namiotem, ktorego bede musial "rozlozyc na lopatki", zeby lezal plasko na ziemi. Z mojej strony nie bedzie to czysta gra bo uzyje jak zawsze ciezkich kamieni. Nie mozna sie z nim dogadac po dobroci i jest to jedyna skuteczna metoda. Wychodze na zewnatrz zeby zrobic kilka zdjec wschodzacego slonca, ktore zaczyna malowac wspanialy pejzaz na potarganych cirrusach. Natychmiast uderza we mnie zimne powietrze naplywajace od strony pustyni. Jest naprawde zimno. Podczaz robienia zdjec dretwieja mi palce. Chowam sie do srodka, ale i tak nie ma sensu dluzej tego przeciagac. Warunki na pewno sie nie poprawia, a ruszac w dalsza droge trzeba. Powostaje jeszcze tylko poskladanie namiotu, "koronna konkurencja". Wyjmuje z podloza sledzie jeden po drugim. Nagle namiot jakby poczul zew wolnosci i postanawia odfrunac. Dobrze, ze trzymam jeszcze ostatnia linke bo inaczej szybowalby teraz nad Atlantykiem. Namiot unosi sie niczym latawiec. Sciagam go na ziemie i w pewnym momencie slysze trzask. Lamie sie aluminiowa konstrukcja i przebija tropik robiac w nim duza dziure. Wiedzialem, ze tak wlasnie sie to skonczyc. Namiot natychmiast zwija sie w klebek. Odplatuje go, zwjam i chowam do worka. Aluminiowa rurke konstrukcji trzeba usztywnic w miejscu pekniecia. Rozgladam sie dookola szukajac czegos co by sie do tego nadawalo. Jest. Aluminiowa puszka po sardynkach, ktore jadlem na kolacje. Wyjmuje z niej lekko powyginane przykrycie i formuje cos na ksztalt rurki. Wkladam do srodka obydwa konce zlamanej konstrukcji i calosc owijam bardzo dokladnie tasma. Wyglada na to, ze powinno wytrzymac kolejne ataki wiatru.
Pustynie zaczyna nabierac delikatnych rumiencow, a droga wije sie pomiedzy piaszczystymi wzniesieniami. Trwa to jednak tylko chwile i ponownie otacza mnie rozciagajaca sie jak okiem siegnac plaska przestrzen. Nie opuszczaja mnie spryjajace wiatry i szybko docieram do skrzyzowania przed Dakhla. Po raz kolejny moja intuicja zaczyna dawac mi jakies znaki. Moze jednak warto nadlozyc te 80 kilometrow i pojechac do Dakhli? Tak wlasnie postanawiam zrobic. Wysylam wiadomosc do Phila i Elspeth, ktorych poznalem w Laayoune. Od ponad roku mieszkaja oni w Dakhli. Pisze, ze znajde chwile czasu zeby ich odwiedzic. Natychmiadt otrzymuje odpowiedz, ze moge przyjechac kiedy tylko mam ochote. Elspeth pisze, ze Phil jest chory, zlapal grype, ale na wlasne ryzyko moge u nich sie zatrzymac. W takim razie jutro z samego rana bede w Dakhli. Tymczasem rozbijam namiot na pustyni. Pekniety stelaz trzyma sie doskonale. Powinien wytrzymac te kilkanascie nocy.