Obecnie jestem juz kilka kilometrow na poludnie od Agadiru. Pobyt w Marakeszu to juz prawie zamirzchla przeszlosc, bo czas w podrozy uplywa bardzo szybko, ale milo go wspominam. Tak w skrocie zapadlo mi to magiczne miasto w pamieci.
Marakesz to jedno a tych miejsc, o ktorym mozna przeczytac setki informacji, a i tak zaskakuje nas pod kazdym wzgledem. Nie jest to bowiem miasto, ktore mozna zamknac w sztampy, jego dynamika z pewnoscia na to nie pozwoli. Nie ma jednego Marakeszu. Kazdy stojac na placu Djemaa-el-Fna, czy zatapiajac sie w barwne souki poznaje swoj wlasny Marakesz. Najlepiej robic to w pojedynke, nie spieszac sie, przebywajac z nim sam na sam. Ta znajomosc wymaga jednak czasu. Trzy dni, ktore ja moge poswiecic to zbyt malo, ale na przelotny flirt powinno wystarczyc.
Marakesz to jedno a tych miejsc, o ktorym mozna przeczytac setki informacji, a i tak zaskakuje nas pod kazdym wzgledem. Nie jest to bowiem miasto, ktore mozna zamknac w sztampy, jego dynamika z pewnoscia na to nie pozwoli. Nie ma jednego Marakeszu. Kazdy stojac na placu Djemaa-el-Fna, czy zatapiajac sie w barwne souki poznaje swoj wlasny Marakesz. Najlepiej robic to w pojedynke, nie spieszac sie, przebywajac z nim sam na sam. Ta znajomosc wymaga jednak czasu. Trzy dni, ktore ja moge poswiecic to zbyt malo, ale na przelotny flirt powinno wystarczyc.
Pozostaje mi tylko dojechac w okolice plan Djema-el-Fna i znalezc jakies miejsce na nocleg. Wjezdzam w coraz ciasniej zabudowane uliczki mediny, w ktorych panuje scisk, a uszy swidruje przenikliwy dzwiek klaksonow. Oczy trzeba miec dookola glowy, ale do wolnej amerykanki jaka panuje w Delhi jeszcze duzo brakuje. Stojacy na poboczu policjant widzac moje zawahanie od razu pokazuje, ze na Djemaa-el-Fna to caly czas prosto. Najwidoczniej kazdy kto przyjezdza do Marakeszu wlasnie tam kieruje swoje pierwsze kroki. Przy placu skrecam w jedna z bocznych uliczek bo wlasnie tam pochowane sa hoteliki. Natychmiast trace orientacje i nawet nie wiem jak sie z tego labiryntu wydostac. Taki zagubiony turysta nie pozostaje jednak dlugo bez opieki. "Hej Monsieur, hotel". Mysle sobie, ci mi tam, przeciez i tak nie wiem w ktora strone isc to nawet taki "przewodnik" moze byc bardzo pomocny. Nie wzbudza on zbytniego zaufania swoja aparycja, ale coz taki mi sie trafil. Niech bedzie. Usmiecham sie szeroko i pytam czy zna jakis tani hotel. Mowie, ze moge zaplacic 80 dirhamow za noc. Oczywiscie, ze zna. Lekko chwiejnym krokiem podaza na przod i macha, zebym szedl za nim. To ciekawe gdzie ja wyladuje. W pierwszym hotelu cena wynosi 100 dirhamow, w drugim tyle samo. Jest to standard w tanich hotelikach jak sie domyslam, ale ja sie upieram, ze nie dam wiecej niz 80. Nie jest to dla mojego "przewodnika" zadnym problemem. Konsekwentnie prowadza mnie po zakamarkach mediny, a moj zmysl orientacji zupelnie juz skapitulowal. Dwu, trzy pietrowe domy tworza szczelna zabudowe z w waskich uliczkach przypominaja drapacze chmur. Dartemnie probuje wypatrzec slonce zeby chociaz w przyblizeniu ustalic gdzie jest polnoc. Pozostaje mi jedynie "przewodnik" i jego niezawodny nos. Wreszcie udaje mi sie, to znaczy nam, uprosic w jednym hoteliku cene 80 dirhamow za noc. Warunki sa dobre wiec zostane tutaj na trzy dni. Na twarzy mojego kompana pojawia sie ogromny usmiech i doskonale wiem co on oznacza. Za chwile slysze " petit cadeau?" Nie mam absolutnie zadnych zastrzezen. Jakis prezent jak najbardziej mu sie nalezy za taka pomoc. Pytam wiec z jeszcze wiekszym usmiechem co by sobie zyczyl. Pokazuje na moja czapeczke, ktora mam na glowie. Przyznaje, ze nie jest to wygorowana cena, ale tej akurat nie moge mu dac. Wujmuje z torby inna i wkladam na jego glowe. "Parfaitement"! Jemu tez przypadla do gustu i wszyscy sa zadowoleni. Facet odchodzi i wcale nie okazal sie natretem jak sie na poczatku spodziewalem.
Plac Djemaa-el-Fna to prawdziwe serce Marakeszu i nie trzeba byc specjalista z zakresu anatomii zeby wysnuc taki wniosek. Wystarczy stanac w dowolnym jego punkcie i rozejrzec sie dookola. Z uliczek mediny tlum turystow jest nieustannie wtlaczany na Djemaa-el-Fna, ktory chlonie ich jak gabka. Nikna szybko soukach lub w jednej z restauracji przystepujac do smakowania Maroka. Zeby sie od razu nie zachlysnac tym specyficznym klimatem biore glebszy oddech na tarasie kawiarni i delektujac sie kawa z mlekiem patrze na to wszystko przez chwile z dystansu. Teraz moge sie rzucic w wir...no wlasnie czego? Po prostu w wir. Z jasnego placu Djemaa-el-Fna zaglebiam sie w swiat soukow zupelnie dla mnie nowy i przez to tak fascynujacy. Przedzierajac sie przez te waskie uliczki mediny obstawione straganami i butikami czuje sie jak w wielkim maglu. Mozg ledwo nadaza z odbieraniem wszystkich bodzcow, ktorego do niego docieraja. Kazdy z handlarzy niemal sila probuje zaciagnac turyste do swojej malej swiatyni i wciska marokanskie kapcie, dzelabe, czy bogato zdobionego tajina, ktory i tak moze tylko zajac zaszczytne miejsce na polce jako ozdoba. Zrobienie kilku krokow bez zaczepek jest niemozliwe, ale na tym wlasnie polega urok tego miejsca. Najwieksza przyjemnosc znajduje w gubieniu i odnajdywaniu sie w tym barwnym labiryncie. Skrecam kilka razy w przypadkowe uliczki i juz zaczyna sie niesamowita przygoda. Nie mam absolutnie zielonego pojecia gdzie sie znajduja i to jest najlepszy sposob na poznawanie soukow. Dac sie im porwac i zatracic bez reszty. Po prostu ide przed siebie niesiony na fali tego wydawacby sie moglo szalenstwa. Po woli zaczynam sie jednak orientowac w tym gaszczu uliczek. Czasami drogowskazami staja sie kupcy, ktorzy za kazdym razem nawoluja mnie w ten sam sposob. Gdy probuje dotrzec w konkretne miejsce okazuje sie, ze laduje po zupelnie przeciwnej stronie. Za nic w swiecie nie jestem w stanie odtworzyc drogi, ktora szedlem. Czasami mozna przejsc obok miejsca, ktorego sie szuka i nawet sie nie zorientowac, ze to jest wlasnie to. Po kilku godzinach wychodze ponownie na plac Djemaa-el-Fna. W godzinach popoludniwych jest on jeszcze wzglednie pusty, ale stopniowo zaczynaja sie rozkladac stoiska z jedzeniem. Takie mobilne "restauracje". Gdy wracam po godzinie 20 panuje juz ogluszajaca wrecz wrzawa. Blakajacych sie turystow probuje sie na wszystke mozliwe sposoby zachecic do jedzenie wlasnie tu, a nie gdzie indziej. Przekrzykiwanie sie i licytowanie przypomina zmagania maklerow na Wall Street. Tak, to jest chyba najtrafniejsze okreslenie. Obserwuje przez chwile to wspaniale przedstawienie cierpliwie ignorujac natretnego goscia, ktory ze swojego stoiska kilka metrow za mna probuje mi uparcie wcisnac swiezo wyciskany sok pomaranczowy. Pora jednak cos zjesc. Zasiadam przy stoliku i staje sie czescia tego "show". Jutro ruszam w dalsza droge. Wypadaloby sie wiec solidnie najesc.
Witam, no prosze, prosze kolega jaki spostrzegawczy, jak latwo tak innym wypominac "nie budzaca zaufania aparycje" czy " podazanie naprzod chwiejnym krokiem" popatrz SE w lustro,sam nie masz za uczciwie wygladajacej geby:D
OdpowiedzUsuńo podazaniu chwiejnym krokiem w Twoim wykonaniu to juz nawet nie bede pisal, bo by mi literek na klawiaturze zabraklo:D:D:D
Pozdrawiam i powodzenia