piątek, 25 września 2009

Czy to, aby na pewno Sahara?

Wygladam rano z namiotu i kieruje wzrok na Atlantyk, ktorego kawalek widoczny jest pomiedzy dwoma wzniesieniami. Slychac go za to doskonale. Szum fal rozbijajacych sie o skaliste wybrzeze niesie sie gluchym echem bardzo daleko. Jednoczesnie sprawia wrazenie nieco ospalego. Unosi sie nad nim delikatna mgielka, ktora zamazuje zupelnie linie horyzontu i nadaje mu niewyrazny wyglad. Ocean jakby od niechcenia wypuszcza kolejne fale i najchetniej wylozylby sie plackiem tworzac plaska tafle wody. Nawet zabawiac nie ma kogo bo turystow jak na lekarstwo, a hotele dopirero buduja. Szumi jednak i pieni sie bo co ma robic. Moze juz niedlugo bedzie kolysal spragnionych wrazen wczasowiczow. Poki co bardziej przypomina ocean widmo, ktory mruczy gdzies w dole jakby jego odglosy wydobywaly sie zza swiatow.
Gory opadajace do samego Atlantyku zanurzaja sie w jego wodach tworzac strome skaliste wybrzeze. Jednoczsnie droga, ktora na mapie prawie pokrywa sie z linia brzegowa nie jest tak plaska jak mogloby sie wydawac. Wznosi sie i opada, a krotkie podjazdy sa momentami bardzo strome. Dziesiec kilometrow przed Sidi Ifni zatrzymuje sie na Legzira Plage, zeby przez chwile zawiesic wzrok na ogromnych lukach skalnych obmywanych przez ocean. Najpierw musze zjechac po bardzo kamienistej drodze, ale przejezdzajac tedy nie moge tak po prostu ominac tego miejsca. Mysl o drodze powrotnej probuje odepchnac jak najdalej. Mysl pozytywnie. Zaraz bedziesz na przepieknej plazy. Rzeczywiscie miejsce jest tak bardzo "chillout'owe" jak tylko mozna to sobie wyobrazic. Nie dotarla tu jeszcze "wielka turystyka", ale widzac duzy potencjal stawia juz pierwsze kroki i u gory na klifie powstaje snobistyczny moloch. Jedyna nadzieja dla Legzira Plage jest fakt, ze przy samej plazy nie mozna juz nic zbudowac. Znajduje sie tu kilka malych hotelikow, ktore przycupnely przy pionowej scianie klifu. One rowniez skladaja sie na klimat tego miejsca i co rzadko sie zdarza doskonale komponuja sie z przyroda tworzac z nia spojna calosc. Obecnie nie ma zbyt wielu turystow. Cisza i spokoj w takim miejscu to jak wygrana na loterii. Ja jednak nie moge przyjac tego szczesliwego kuponu, ktory wpadl mi w rece. Musze jechac dalej i zadowalam sie krotkim spacerem po plazy, ktory tylko podsyca apetyt na kolejne leniuchowanie. W oddali znajduja sie juz widoczne luki skalne, a wlasciwie jeden, ale za to bardzo poteznej postury i inne bajeczne formacje skalne. Az zal stad odjezdzac. Z Sidi Ifni do Goulmim prowadzi droga przez gory. Znowu gory. 53 kilometry przeplatajacych sie pojazdow i zjazdow. Znowu serpentyny. Myslalem, ze to juz koniec, a tu prosze. Dzisiaj nie docieram do Goulmim. Pozostaje mi na jutro 26-kilometrowy odcinek.
W nocy niebo bylo zupelnie bezchmurne. Z samego rana zrywa sie wiatr, ktory ciagnie za soba szara kotare. Zaczyna padac, no moze mzyc, ale jednak. Gory, deszcz, gdzie ja wlasciwie jestem, u progu Sahary? "Gateway to the Sahara", czyli miasto Guelmim i jak napisano w przewodniku "miasto zapylone" dzisiaj tonie w strugach deszczu. Nie jest to zjawisko niecodzienne bo jak poinformowaly mnie dzieciaki, ktore bardzo zainteresowaly sie moim rowerem, pada tutaj czesto. To moze zamiast roweru kajak powinienem zabrac, byloby latwiej. Wiem, ze za te drwiny spotka mnie sroga kara. Ulicami Goulmim razem z woda plynie caly miejski brud. Pryska spod kol na sakwy, ktore przybieraja czarny kolor i na moje nogi, ktore czarnieja jeszcze szybciej. Wedlug sloganu otworzyly sie wlasnie przede mna "saharyjskie bramy". A gdzie fanfary? Jedyna powitalna melodia to odglos kropel deszczu uderzajacych o asfalt. Gdy przestaje padac cala wilgoc zgromadzona na drodze natychmiast zaczyna parowac. W nozdrza uderza parne powietrze, geste i ciezkie. Jezeli z obrazka usuniemy aure to rzeczywiscie rozpoczyna sie pustynna sceneria. Drobne kamyczki zascielaja wszystko dookola tworzac kamienista hamade przeplatana lachami piachu. Porastaja ja kepy traw i suche najczesciej cierniste krzewy. Cywilizacje pozostawiam powoli za plecami i tylko czasami wynurzac sie bedzie w postaci pojedynczych wysepek na pustynnym oceanie. W polowie drogi do Tan Tan znajduje sie jedyna wioska. Biore wode i jade jeszcze kilkanascie kilometrow. Przestrzeni mam teraz pod dostatkiem. Gdy zjezdzam z trasy rower natychmiast zapada sie w grzaskim piachu. No prosze, czyli jednak pustynia. Schodze z roweru i zaczynam go pchac, chociaz nie jest to latwe. Rozbijam namiot miedzy krzewami, ale przytwierdzenie go do miekkiego podloza to iscie syzyfowa praca. Mozna tak probowac do bialego rana, a sledzie i tak wyskakuja z piachu. W koncu cala konstrukcja przybiera porzadany ksztalt, chociaz mam nadzieje, ze silne wiatry nie zechca jej przetestowac.
Dzisiaj z samego rana pustynia ponownie mnie zaskakuje. Caly swiat dookola zatopiony jest w gestej mgle, ktora daje przyjemny chlod i uczucie rzeskosci. I jak tu nazwac pustynie monotonnym miejscem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz