poniedziałek, 28 września 2009

Coraz wiecej pustyni

Jestem juz w Laayoune w Saharze Zachodniej. Do Dakaru pozostalo okolo 1900 kilometrow. Pustynia zaczyna sie powoli na calego.

Gdy wczoraj rozkladalem namiot na piasku nie sadzilem, ze o poranku bedzie mokry jak po obfitej ulewie. Przeciez w nocy nie padalo. Takie pustynne "czary mary"? Cala wielka tajemnica wyjasnia sie gdy wychodze na zewnatrz. Cienka powloka mgly przetacza sie ponad krzewami niczym zawieszona w powietrzu rzeka i zrasza wszystko dookola pozostawiajac drobne kropelki wilgoci. Powietrze jest rzeskie i daje uczucie chlodu. W sam raz do jazdy. Majac juz jedna przygode z piaskiem za soba wiem, ze w mgnieniu oka przywiera on do wszystkiego. Ostroznie wystawiam sakwy na zewnatrz zeby nie narobic sobie dodatkowego klopotu. Pozostaje jeszcze zwiniecie namiotu. No tak, jest on caly mokry, a dookola piach. Absolutnie nie mam ochoty babrac sie w blocie z samego rana, ale poskladac go trzeba. Rozkladam ociekajacy woda tropik na jakims krzewie i krok po kroku niczym origami skladam go do porzadanych ksztaltow. Troche wiecej czasu niz zwykle zajmuja mi te poranne czynnosci, ale gdy stoje juz na drodze moge odetchnac z ulga. Przez jakis czas mgla sie jeszcze utrzymuje. Widocznosc spada w pewnym momencie do kilku metrow, ale wszystko to chyba takie przekomarzanie sie saharyjskiej aury. Juz w wystarczajacy sposob pokazala mi, ze nie jest monotonna jak to sie powszechnie uwaza. Robi to tak umiejetnie, ze zaczalem sie zastanawiac, czy ja w dobrym kierunku jade. Czy na pustynie to tutaj? Konczmy ta "maszkarade". Co ja w domu powiem, ze pustynia jest bardzej mokra niz lato w Manchesterze? Chyba rzeczywiscie dosyc juz tej zabawy. Niebo powoli sie przeciera, mgla zanika, a przede mna rozposciera sie nieogarnieta przestrzen. 20 kilometrow przed Tan Tan znajduje sie pierwszy postarunek zandarmerii, a w samym miescie nastepny. Panowie w mundurach ogladaja paszport, pytaja w jakim celu? skad? dokad? Czyli rutynowa kontrola. Cala procedura przebiega bardzo sprawnie i w milej atmosferze, bo jak informuja oni sa tutaj dla mojego bezpieczenstwa. W Tan Tan spedzam dwie godziny na internecie, a gdy wychodze slonce grzeje juz na calego. Tuz za miastem droga wdrapuje sie mozolnie na wydme, ktora widzialem juz z daleka i wiedzialem, ze mnie to nie ominie. Jest stromo, pod wiatr i nic wiecej nie dodam. W polowie podjazdu spotykam pierwszego rowerzyste podrozujacego po Maroku. "Hello, how are you?"Moze to dziwne, ale natychmiast zorientowalem sie, ze nie w tym jezyku sie odezwalem, a pytanie bylo niepotrzebne. Powinienem zapytac " czesc, jak leci?" Oczywiscie, ze to Polak. Tak mi sie wlasnie wydawalo. Nie wiem dlaczego, ale najwidoczniej swoj swojego zawsze pozna. Chwile rozmawiamy, no moze troche dluzej niez chwile i wymieniamy nasze wrazenia na temat Maroka. Jedzemy jeszcze razem do Tan Tan Plage, a potem ja kieruje sie na poludnie. Milo jest spotkac po tak dlugim czasie kogos kto czuje podobny klimat i w dodatku jest jest swoj wlasny oryginalny Polak. Pozostala mi jeszcze godzina jazdy, a licznik nie wskazuje oszalamiajacego rezultatu. Widzac jednak tak niepowtarzalne miejsce na nocleg natychmiast naciskam na hamulce i zjezdzam z drogi. Kilometry zawsze mozna nadrobic. Rozstawiam namiot na skraju klifu, ktory opada wprost do Atlantyku. Tutaj ocean jest zupelnie inny. Zywy, pelen werwy i w niczym nie przypomina tego sprzed kilku dni. Z potezna sila miota fale na sklne sciany wydajac przy tym przerazliwy ryk. Nie wychodzac z namiotu patrze przez chwile na ten spektakl rozgrywajacy sie w dole. Zaczyna sie zachod slonca i glowna scena przenosi sie nieco wyzej. Unosze tylko wzrok i sledze ogromna kule, ktora coraz glebiej znurza sie w wodach Atlantyku az w koncu tonie w jego otchlani za horyzontem. Czasami podczas podrozy jestesmy obdarowywani takimi wlasnie prezentami. Trzeba sie tylko domyslic, ze to tu i teraz. Gdy nasza intuicja zaczyna desperacko krzyczec najlepiej jej wtedy po prostu zaufac.
Gdy odsuwam zamek od wejscia do namiotu natychmiast uderza we mnie delikatne morskie powietrze o intensywnej charakterystycznej woni. Chyba moglbym co rano budzic sie a takim miejscu jak to. Pierwsze co ukazuje sie moim oczom to ten dramatyczny i piekny zarazem obrazek u podnoza klifu. Strzepy bialej piany unosza sie nad poszarpanymi skalami i fale, ktore napieraja z ogromna sila jakby chcialy je rozlupac na kawalki. Niby ten sam spektakl co wieczorem, a w promieniach wschodzacego slonca odgrywane sa kolejne jego akty. Inne barwy, inne cienie, inne emocje. Na calej widowni jestem tylko ja. Siedze w lozy na najwyzszym pietrze i patrze jak ten sam scenariusz powtarza sie z kazda sekunda niczym mantra. Nie ma w nim jednak ani kszty monotonii. Chwilowy relaks przerywa mysl, ze wypadaloby cos dzisiaj "ujechac" bo od patrzenia i marzenia nie wiadomo o czym to kilometrow raczej nie ubedzie.
- Znalazl sie madry. A mentalne nastawienie? Wlasnie nad nim pracuje. Czasami tez potrzebuje odprezenia.
- Wydaje mi sie, ze lepiej bedzie jak sie sprezysz i ruszysz zadek z namiotu.
Moja wewnetrzna motywacja. Nie zna litosci, zawsze sprowadzi czlowieka na ziemie . Ze ja sobie taka zmije na wlasnej piersi wyhodowalem. Wyruszam troche pozniej niz zwykle. Kikadziesiat kilometrow droga prowadzi tuz przy klifowym wybrzezu Atlantyku. Zaczynaja sie dlugie proste odcinki od czasu do czasu urozmaicone zjazdami i podjazdami gdy przekraczam jakis oued (koryto rzeki) lub wydmy. Po prawej stronie az po horyzont rozciaga sie niebiesko zielonkawy ocean, ktory nieustannie pomrukuje w dole. Po lewej zas Sahara. Nieogarnieta przestrzen plaskiej, kamienistej pustyni. Przed soba widze plaski jak stol i prosty jak strzala pasek asfaltu. Zadnych gor. Na to czekalem przez 6000 kilometrow. Jedynie wiatr bywa czasami uciazliwy i probuje utrudniac jazde. Ale co tam. Na razie wszelkim podjazdom i serpentynom mowie stanowcze "nie". W dodatku zaczynaja sie pojawiac piaszczyste wydmy, ktore w promieniach slonca mieniasie zocistym kolorem. Uformowane przez wiatr przybieraja przerozne formy. Podluzne, kopulaste, szerokie, waskie. Kazda z nich jest piekna i wyjatkowa. Razem wygladaja jak lawica ryb, ktora zwarta przemierza morskie glebiny. Z czasem pojawia sie ich coraz wiecej. Atlantyk znika gdzies w oddali, a na jego miejsce pojawia sie ocean piasku. Monumentalne wydmy tkwia niczym piaskowe rzezby przypominajace morskie fale, ktore zamarly w bezruchu. Lagodne ksztalty sa zaostrzone przez czarne cienie, ktore przesuwaja sie po ich powierzchni z duza gracja. Wiele razy zatrzymuje sie zeby dokladnie sie im przyjrzec. Mam nadzieje, ze Sahara bedzie mnie tak zaskakiwac do samego konca. Juz teraz wiem, ze znalazlem sie w jednym z najpiekniejszych miejsc na ziemi. Caly czas mam jednak duzo pokory i czuje duzy respekt do tego miejsca.

2 komentarze:

  1. :) No napewno miło spotkać swojego tak daleko...:)... To co, już możemy chłodzić alkohol na opijanie Twojego sukcesu i powrotu:P?

    OdpowiedzUsuń
  2. hej, widze ze masz bujna czupryne, uwazaj zeby Cie piach nie przysypal, pozdro

    OdpowiedzUsuń