środa, 9 września 2009
Atlas i jego barwy
Poranki w Atlasie pomimo lata nie naleza do najcieplejszych. Przynajmniej takie odnosze wrazenie po dotychczasowych upalach. Nie jest zimno, ale czuc wyrazny chlod i ostrzejsze gorskie powietrze. Podobnie jak w Hiszpanii wczesne godziny poranne to najprzyjemniejsza pora na polykanie kilometrow, chociaz droga moze czasami sprawic, ze sie czlowiek sie nimi zakrztusi. Slonce powoli rozgrzewa swoje akumulatory, ale delikatna powloka bialych oblokow skutecznie filtruje prolienie, ktorenie sa tak dokuczliwe. Na samym poczatku Atlas lagodnie sie ze mna obchodzi. "Nie drapie, nie gryzie" jak to czest bywalo, nie jest bestia, ktora chce mnie od razu pozrec. Droga leniwie pelznie szeroka dolina czasami tylko podrygujac zebymnie zasnal. Krajobraz wcale nie jest jednak monotonny i prezentuje swoje wdzieki z cala otwartoscia jakbym wszystko mial zobaczyc jednego dnia. Spokojnie. Jeszcz jakis czas tu zabawie wiec dawkujmy emocje. Po co ten pospiech. Formy, ksztalty i barw wszysko zmienia sie jak w kalejdoskopie. Moze taki wasnie jest Atlas? Zbyt wiele ma do zaoferowania zeby czekac. Masywne, stozkowe gory ulepione zpiasku marszcza swoje oblicze przybierajac postac ogromnych rodzynkow albo suszonych sliwek. Braz nie jest tutaj monotonnym, smutnym kolorem, ale wrecz eksploduje roznymi odcieniami. Slonce sprawnie operuje swoimi promieniami tworzac na gorzystej scenie spektakl swiatla i cieni. Wystarczy kilka minut i gdy spogladam na ta sama gore, wyglada juz inaczej. Staje sie bardziej subtelna lub przybiera grozny, dramatyczny wyraz. U podnoza monumentalnych, pierwszoplanowych kolosow ploza sie niewysokie, kopulaste form, ktore nie do konca wyrosly i teraz schodza na dalszy plan. W pierwszej chwili sa niedostrzegalne, stanowia jednak dopelnienia pejzazu, ktory bylby bez nich troche kulawy. Po drugiej stronie doliny wyrastaja nastroszone, podluzne garby o doskonale widocznej plytowej budowie. W ich szczytowych partiach, nadgryzione zebem czasu, rozowe i czerwone warstwy przeplataja sie tworzac ogromnego przekladanca. Z obydwu pasm gorskich do gliwnej dolinie, ktora jade opadaja mniejsze dolinki lub koryta wyzlobione przez wody opadowe. Co kawalek przecinaja droge sprawiajac, ze trasa jest nimi poszatkowana. Wiekszosc jest wyschnieta, ale czasami przejezdzam przez niewielkie strumyki, ktore nie zanikly jeszcze po wieczornych ulewach. Jaksie dowiaduje w jednej z wiosek gdy w godzinach popoludniowych wgorach intensywnie pada wowczas czesc z tych niepozornych dolinek wypelnia sie woda, ktora z impetem pedzi w dol. Wowczas niektore fragmenty drogi moga byc nieprzejewdne. Te gwaltowne zjawiska atmosferyczne maja jednak krotkotrwaly skutek i rano wszystko wraca do normy. Przemierzajac Atlas trzeba sie wiec dostosowac do warunkow jakie dyktuje natura. Staram sie tak rozplanowac dzien aby okolo godziny 17 zakonczyc jazde i schowac sie w namiocie przed obfitymi ulewami i silnym wiatrem. Dzisiaj oznacza to jazde bez przerwy jesli mam zamiar dotrzec do wioski Tamtattouchte oddalonej o 120 kilometrow. Wlasnie w tej berberyjskiej wiosce chce sie zatrzymac na dwa dni zeby troche zregenerowac sily. Zastanawialem sie gdzie zrobic przerwe, ale wszystkie znaki wskazuja wlasnie na Tamtattouchte. Najpierw kilka dni temu dostalem wizytowke hoteliku w Tamtattouchte o przyjacielskiej nazwie "Les Amis". Pomyslalem, ze moze to jest wlasnie to. W przewodniku napisali, ze polozona jest w przepieknej scenerii, a sklepikarz w jednej z wiosek powiedzial mi to samo. Po co wiec szukac dalej. Widocznie tak wlasnie ma byc. Docieram do Amellago i skrecam w kierunku Assous i At Hani. Z otwartej przestrzeni droga nurkuje do kanionu, ktory ciagnie sieprzez 20 kilometrow. Potezne, pionowe sciany tworza waskie gardlo, ktorym plynie niewielka rzeka. Ta ilosc wody wystarcza, zeby u podnoza wysuszonych przez slonce skal kwitlo zycie. Soczyscie zielone oazy kontrasuja z ich czerwona barwa, a bujne roslinnosc wylewa sie na zbocza probujac wspiac sie jak najwyzej. Do gor przyklejone sa domy, ktore wisza nad dnem kanionu niczym teatralne loze, a w dole cisna sie male poletka z uprawami tworzac charakterystyczne szachownice. Kanion nagle sie konczy i wypluwa droge ponownie na pofalowana kraine. Trasa nieustannie wznosi sie i opada. Ja zdecydowanie zaczynam odczuwac, ze nabiera coraz bardziej gorskiego charakteru. Jak codzien w godzinach popoludniowych zrywa siesilny wiatr, a ponad goramipojawiaja sie chmury. Na razie w postaci bialychoblokow, ale rosna coraz bardziej i zbieraja sily na wieczorny spektakl. Niezwykla uciazliwe w wioskach staja sie dzieciaki rozbestwione przez przejezdzajacych turystow "dobrych samarytaninow". Rozdawanie dzieciom dzieciom slodyczy, dlugopisow, balonow wcale im nie pomaga. Sprawia natomiast, ze bialy czlowiek postrzegany jest jako worek z prezentami, a dzieciaki uwazaja,ze musza cos dostac. Bycmoze ze swoimi bagazami wygladam jak zaprzeg swietego mikolaja, ale to nie znaczy, ze zaraz rozstawie kram i zaczne rozdawac upominki. Jesli droga w wiosce prowadzi pod gore, wowczas musze sie zmierzyc tymi malymi "bestiami". I nie jest to nieludzkie stwierdzenie z mojej strony. Krzyki, ciagniecie za sakwy nie jest problemem, ale gdy w moja strone leci kamien trace dla nich wspolczucie. W innych wioskach tez jest bieda, a mozna sie spokojnie zatrzymac nie bedac rozszarpanym. Tu jest inaczej, ale wine za to ponosimy my turysci. Widzac zabudowania biore glebszy oddech i przejezdzal jak najszybciej. Wlasciwie to teraz powinienem zakladac kask, bo wioski staja sie bardziej niebezpieczne niz gorskie serpentyny.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ty stary bys nosil ten kask caly czas co?! odpoczywaj i tym razem nie za szybko zebys za bardzo planu nie wyprzedzil, pozdro
OdpowiedzUsuń