środa, 16 września 2009

Aid Benhaddou - Teloute - ciezka przeprawa

Gdy budze sie rano, slysze charakterystyczne mlaskanie tuz obok namiotu. W glowie przewijaja mi sie rozne skojarzenia. Co to moze byc? No tak, zeszlego wieczora wyrzucilem resztki makaronu i teraz sa one konsumowane przez jakiegos bezpanskiego psa. Przed wyjazdem slyszalem, ze na dzikie psy w Maroku lepiej uwazac, a teraz na moje zaproszenie jeden z nich kilka metrow dalej posila sie gratisowym sniadaniem. Moglem sie domyslic, ze jedzenie zwabi jakies zwierze. Juz raz kiedys tak zrobilem i musialem odpierac inwazje mrowek. Wreszcie pies odchodzi, ale szczekanie i ujadanie caly czas dochodzi z oddali. W Ait Benhadou, kilka kilometrow od glownej drogi znajduje sie najslynniejsza kazba (warownia) w Maroku. Byla ona wykorzystywana jako sceneria w takich filmach jak"Gladiator", czy "Klejnot Nilu" z Michalem Douglasem. Przejezdzajac tak blisko nie moglem jej nie zobaczyc. Z Ait Benhadou nie wracam juz do glownej drogi tylko udaje sie mniej uczeszczana, ale wydaje sie bardziej atrakcyjna trasa na polnoc do Telouet. Nie mialem tego w planach, ale patrzac na mape wydalo mi sie to bardziej atrakcyjne. Po kilku kilometrach konczy sie asfalt i zaczyna droga szutrowa. Czeka mnie prawdziwa przeprawa przez gory - mysle sobie. Wtedy jeszcze nie zdawalem sobie sprawy, ze slowo "przeprawa" okaze sie kluczowe. Droga prowadzi wzdluz rzeki i malowniczej doliny, w ktorej intensywna zielen oaz az kipi i wylewa sie na otaczajace gory. Wioski przez ktore przejezdzam zdaja sie byc z zupelnie innej epoki, jakby czas sie tutaj zatrzymal kilkaset lat temu. Przypominaja zaginione miasta z filmow przygodowych i tylko biale talerze anten satelitarnych na dachach lepianek przygniecione kamieniami zeby ich wiatr nie porwal, zdradzaja postep cywilizacji, ktory dotarl do najdalszych zakamarkow i odcisnal swoje pietno. Ja mimo wszystko czuje sie jakbym przekroczyl magiczna brame i przeniosl sie w czasie moim trojkolowym wehikulem. Ma on jednak coraz wieksze klopoty z pokonywaniem kolejnych przeszkod jakie pojawaija sie na drodze. Rzeka, w ktorej woda siega prawie kolan wydaje sie ciekawym urozmaiceniem, ale szutrowa trasa odchodzi powoli w zapomnienie. Pojawiaja sie kamienie zeby nie powiedziec glazy, a droga zaczyna przypominac bardziej gorski szlak niz cos po czym mozna jechac. Droga, a ja razem z nia wdrapuje sie coraz wyzej po prawie pionowej scianie kreslac charakterystyczne zakosy. Poruszanie sie pod gore po kamieniach przypomina doslownie wdrapywanie sie centymetr po centymetrze. Momentami zatrzymuje sie prawie w miejscu probujac zlapac rownowage majac jednoczesnie swiadomosc, ze przepasc po mojej lewej stronie szeroko otwiera swoja paszcze i z checia chcialaby mnie pozrec. Dociera do mnie, ze jeden falszywy ruch moze miec tragiczne skutki. Wjezdzajac caly czas na stojaco odnosze wrazenie, ze przypomina to bardziej balansowanie na linie niz jazde na rowerze. Licznik nawet nie wskazuje predkosci i caly czas widnieja na nim zera. Zaczynam sie zastanawiac w co ja sie wpakowalem. Takie male urozmaicenie? Jeszcze malo wrazen? Mialo byc ciekawiej, to prosze bardzo. W pewnym momencie trasa staje sie tak kamienista, ze przestaje miec z droga cokolwiek wspolnego, przynajmniej w tradycyjnym rozumieniu. Rusza jednoczesnie ostro pod gore i wywraca rower. Probuje ruszyc dalej, ale kolejne proby sa bezskuteczne. Tak latwo sie jednak mnie stad nie pozbedziesz. Skoro juz zaczalem to dojade albo dopcham rower do konca. Patrzac jednak w gore zaczynam sie zastanawiac czy jest to w ogole mozliwe. Po raz pierwszy przechodzi mi przez glowe mysl zeby zawrocic. Natychmiast takie farmazony trzeba tlamsic w zarodku. Chwytam kierownice z calych sil i z impetem napieram przesuwajac rower do gory. Na grzaskich kamieniach zarowno kola jak i moje buty zsuwaja sie co chwila w dol. Trudno jest sie o cokolwiek zaprzec. Pokonanie kilku metrow staje sie morderczym wysilkiem, po ktorym z trudem lapie odech. Wierzcholek wzniesienia tkwi jak wmurowany i wcale sie nie przybliza. Trudno jednak zeby bylo inaczej skoro przez godzine czasu przesunalem sie o okolo 300 metrow. W ramionach pojawia sie piekacy bol. Patrzac w gore mam ochote zawyc z bezsilnosci. To jest moment kiedy szala przechyla sie w jedna strone. Albo powiesz sobie "pas, zrobilem co moglem", albo zaczniesz robic jeszcze wiecej uruchamiajac najglebsze poklady silnej woli, ktore tkwily do tej pory nietkniete. Druga opcja to jak operowanie psychiki bez znieczulenia. Niemoc, ktora trzeba konsekwentnie przelamywac i slepe brniecie w beznadzieje. Wielokrotnie rzucam rower, ale po chwili dalej targam to obladowane zelastwo do gory. Psychika, na codzien tak skomplikowany twor, tutaj staje sie otwarta ksiega, z ktorej wyczytac mozna wszystko. Rozkladana jest na czesci kawalek po kawalku, po czym budowana na nowo. To czy zostanie dobrze poskladana i stanie sie silniejsza zalezy tylko od naszej silnej woli. Na ostatnich 200 metrach dwoch chlopakow widzac moje zmagania i coraz gorszy ich skutek pomaga mi wepchnac rower na gore. Dowiaduje sie, ze droga ta jest pokonywana przez samochody terenowe i motocykle. Trudno im uwierzyc , ze z takim rowerem zdecydowalemsie na ta trase. Po drodz mowili mi, ze jest to niemozliwe, ala jakos im nie uwierzylem. Dalej jest latwiej. Szlak zaczyna opadac, ale w dalszym ciagu jest bardzo kamienisty i zjezdzam z predkoscia kilku kilometrow na godzine uwazajac, zeby sie nie zeslizgnac na dno kanionu. Widoki jednak sa oszalamiajace. Zdecydowanie warte takiej ceny. Do drogi asfaltowej podziurawionej jak ser szwajcarski docieram po 30 kilometrach i prawie 6 godzinach jazdy. Jestem skonany. Satysfakcja jest jednak po stokroc wieksza.

2 komentarze:

  1. Uparty jesteś jak...:P. Ale bez tego pewnie tej trasy byś nie pokonał...Kurcze, tak sobie myślę, że Tobie potrzeba tej adrenaliny coraz więcej i więcej skoro TAK urozmaicasz sobie trasę... Uważaj na siebie!

    OdpowiedzUsuń
  2. uuuuu ktos Ci pomogl, widze ze sie starzejesz, lata leca i sily Cie opuszczaja. co to ma byc??!! trzymaj sie cyborgu, czekam na fotki z tej drogi. pozdro

    OdpowiedzUsuń