piątek, 28 sierpnia 2009

wiesci z hiszpanii





































Juz od kilku dni przemierzam Hiszpanie, ktora niesamowitymi upalami nie daje mi spokoju. Obecnie jestem w miescie Ubeda. Za 2 dni czeka mnie najwyzszy podjazd podczas tej wyprawy na Pico Veleta na wysokosc 3400 m. Za 4-5 powinienem opuscic kontynent europejski i rozpoczac etap afrykanski. Ostatnio mialem mala przygode z tylnym kolem. A tak to bylo.

" Przez caly dzien jazda szla bardzo gladko. Dopiero na sam koniec dnia okazalo sie, ze obrecz w tylnym kole jest nadpeknieta. Oznacza to, ze kolo trzeba wymienic. Gdzie ja tu znajde jakis serwis rowerowy na tym kompletnym odludziu. Mam nadzieje, ze na wadliwym kole uda mi sie dojechac do wiekszej miejscowosci. Patrzac jedak na defekt to czarno to widze. Nie mam poki co zielonego pojecia co z tym zrobic, a sam nic tu nie poradze. Nie mam nawet ochoty juz o tym myslec. Jedyne o czym teraz marze to sie wyspac. Oby tylko kolo nie rozpadlo sie gdy o poranku zaladuje sakwy i posadze jeszcze na nim swoj tylek, ktory juz co prawda wazy troche mniej, ale zawsze jest to troche kilogramow:)
Budzik dzwoni jak zwykle o godzinie 5. Przestawiam go na 6, zeby odsunac jewszcze ten problem w czasie, choc wiem, ze to nic nie da. Predzej czy pozniej bede musial sie z nim zmierzyc . Ponownie dzwiek zegarka wyrywa ,mnie ze snu tak glebokiego jak nigdy. Tym razem trzeba sie zebrac i zaczac dzialac. Te same czynnosci jak kazdego ranka wykonuje juz automatycznie. Strumien swiatla czolowki omiata wnetrze namiotu, a w mojej glowie kolacze sie widmo porazki. Po chwili jednak odzyskuje wiare. Jakos to bedzie. Ta podroz nie moze sie zakonczyc wlasnie w taki sposob, to zupelnie wykluczone.
Z dusza na ramieniu siadam na siodelku i naciskam na pedala bardzo delikatnie. Jedzie. Nic nie skrzypnelo, znaczy, ze kolo sie trzyma w jednym kawalku. Odzyskuje stopniowo pewnosc, ale caly czas odruchowo zerkam na dol. W pierwszej wiosce Alcaraz informuja mnie, ze najblizsze miejsce gdzie moge naprawic taka usterke to Puenta de Genave oddalona o 51 kilometrow. Ruszam w droge, czujac sie troche jakbym jechal na tykajacej bombie, ktora lada chwila eksploduje. Z czasem jednak przestaje to byc takie straszne, nie ma sie co na zapas tak przejmowac. Nabieram to calej tej sytuacji dystansu. W Punta de Genave wchodze do pierwszego warsztatu i wyjasniam o co mi chodzi i czego potrzebuje. Zdezorientowany starszy hiszpan kreci glowa i stwierdza, ze tutaj serwisu rowerowego nie znajde. Pokazuje mi na mapie kolejna miejscowosc oddalona tym razem o 30 kilometrow. Tym sposobem to za chwile dotre na koniec Hiszpanii w poszukiwaniu serwisu. Po chwili jednak cos mojego rozmowce oswieca i wola kolege, ktory mowi, ze jego znajomy ma warsztat samochodowy, ale rowery tez tam naprawiaja. Co wazniejsze znacznie blizej bo tylko 5 kilometrow stad. Dostaje narysowana na kartce papieru dokladna lokalizacje i ruszam ponownie w droge. Po prawej stronie mijam stacje benzynowa, zgodnie z wytycznymi, wiec lada chwila powinien ukazac sie upragniony warsztat. Oto i on. Jeden z wielu w wiosce Puerta de Segura, ale jak mnie zapewniali najlepszy. A swoja droga, to strasznie duzo maja tu w Hiszpanii warsztatow samochodowych. Kazda nawet niewielka miescina ma ich zawwsze kilka. Zeby choc jedna dziesiata ztego to byly kawiarenki internetowe. Z tym mam tutaj najwiekszy problem. Nawet po tak duzej miejscowosci jak Albacete kreecilem sie z marnym skutkiem przez prawie godzine. Wrocmy jednak do owego najlepszego warsztatu samochodowego i jak mnie zapewniaja rowniez rowerowego. Jak mozna bylo przewidziec angielski do nieczego mi sie nie przydaje. Pozostaje wiec jezyk migowy i duzo usmiechu. To zawsze pomaga. Wychodzi dwoch sympatycznych hiszpanow w srednim woeku, ktorzy doslownie pasuja do siebie jak flip i flap. Z powodzeniem mogliby swoimi wizerunkami wykreowac komediowa role w jakims filmie. Wiec oni zajma sie moim rowerem. Ich szerokie usmiechy rozbroily mnie calkowicie. Czym tu sie w ogole przejmowac? Jakims kolem? Natychmiast i mnie udziela sie ten dobry nastroj. Pokazuje w czym tkwi problem. Jeden z niech oglada dokladnie tylne kolo po czym znika gdzies na zapleczu w stercie rozmaitych kartonow. Dlugo go nie ma. Czyzby maniana? Wraca jedank z nowiutkim kolem. Niestety nie takie jakiego potrzebuje. Pokazuje, ze musi byc z szybkozamykaczem bo inaczej nie przymocuje przyczepki. Rozklada bezradnie rece i gestami pokazuje, ze niec wiecej nie moze zrobic. Ja swoimi daje mu do zrozumienia, ze jednak musi mi pomoc. Kilka usmiechow i jednak cos daje sie wykombinowac. Kaze mi zaczekac, a sam wsiada do samochodu i odjezdza. Czekam wiec myslac sobie, ze juz nie jest zle. Skoro sie zaangazowal to bez nowego kola nie pozwoli mi odjechac. Po 15 minutach zjawja sie i z usmiechem na twarzy wysiada nie z jednym, a zdwoma kolami. Jedno jest dokladnie takie o jakie mi chodzi. Szybko zamienia je ze starym i rower jest gotowy do dalszej jazdy. Nie ma sytuacji bez wyjscia. Czasami znajduje sie ono tam gdzie nawet bysmy nie szukali. Trzeba zaufac swojej intuicji i dac sie jej prowadzic. Taki moral przynisla dlamnie ta cala przygoda. Wiecej dystansu do wszystkiego co zdarza sie podczas podrozy. Wszystko jest jej czescia i tworzy spojna calosc. To jednak widac dopiero z perspektywy czasu"

3 komentarze:

  1. Lori bo Ty po prostu jesteś za gruby :) a tak poważnie to trzymam kciuki za część afrykańską :) Trzymaj się i do zobaczenia po Twoim powrocie. pozdrawiam Sylwek

    OdpowiedzUsuń
  2. hej, jak wroci to bedzie jeszcze mniej potezny od Ciebie a to juz bedzie cos:D pozdro Sylwia a do kolegi Lorenca przez NC apeluje o tolerancje, w tekscie znajduje sie niezwykle kontrowersyjny fragment cytujac "... i naciskam na pedala bardzo delikatnie..." a chyba to nie taka trudnosc napisac naciskam na geja. troche kultury.
    z gory przepraszam za zasmiecanie komentarzy takimi glupotami.
    Dajesz Ziomal, powodzenia na podjezdzie, tylko spokojnie nie wyprzedzaj samochodow, chudzielcu, pozdro

    OdpowiedzUsuń
  3. jak zwykle można liczyć na kolegę Ostrego :)

    OdpowiedzUsuń