Troche pozne te wiesci, wiec przejde od razu do rzeczy. 9 dzien wyprawy dobiega konca. Za mn juz Polska, Czechy, a jutro powinienem wyjechac y Niemiec. Tak naprawde to wczoraj roypoczela sie prawdyiwa wyprawa, y chwila gdy wjechalem na pierwsze alpejskie serpentyny. Wczesniej teren choc nieco pofalowany, szczegolnie w Czechach, to jednak byl dosc monotonny. Generalnie wokol same pola i tak naprwade to ciezko nawet internet znalezc bylo. Alpy bawarsko-trolskie przywitly mnie nieybyt owacyjnie. Wypadaloby nawet powiedyiec, ze chyba chcialy mnie od razu do siebie zniechecic. Ostrych podjaydow oczywiscie sie spodziewalem, ale yeby tak od razu 18% podjazdem we mnie stryelac? Prawie kilometrowy podjazd o takim nachyleniu naprawde pryetestowal moje sily. Od samego poczatku asfalt niemal stanal deba, moj obladowany rower zesza tez. Co chwila czulem jak przednie kolo podrywa sie do gory. Na samym koncu ostatkiem sil, manewrojac kierownica na wszystkie strony dotarlem do konca. Tego fagmentu oczywiscie, bo dalej zaczely sie tradycyjne alpejskie serpentyny. Juz nie tak strome, ale swoja dlugoscia i monotonnoscia drazace psychike jesycye bardzej. Wijacy sie po zocz asfalt powoli wprowadzal mnie w coraz bardziej nieprzyjayna scenerie. Nieustajacy deszcz i gestniejaca mgla sprawiala, ze zjazd byl jeszcze bardzej ryzykowny. Wiedyialem, ze jeden falszywy ruch moze sie zle zkonczyc. Tego dnia zdecydowanie nie zamierzalo przestac padac. W dodatku przy takiej pogodzie znalezienie dogodnego miejsca na rozbicie namiotu graniczylo wrecz z cudem. Wszystkie polabyly tak nasiakniete woda, ze przypominaly bardziej bajora na ktorych nawet kaczki sie nadomowily. Ostatecznie skonczylo sie na rozbijaniu namiotu w deszczu, bo jakzreby inaczej. Konsekwencje nie sa trudne do przewidzenia - powodz w namiocie i osuszanie wszystkiego po kolei. Jeszcze cala noc dudniace krople deszczu o tropik namiotu lomotaly jednostajnie i hipnotyzujaco niczym powtaryana mantra.
Dzsiaj Alpy troche daly za wygrana i przynajmniej jezeli chodzi o deszcz odposcily. Slonca co prawda nie widac, a geste chmury yakrywaja szczelnie poszarpane alpejskie wierzcholki, ale juz nie jest zle.
Pozdrawiam i do nastepnego razu. Obiecuje, ze jakas obszerniejsza relacja na pewno sie pokaze po powrocie, a tym czasem od czasu do czasu wrzuce krotkie info.
P.S Sorki za literowki, ale maja tu pozamieniane niektore litery na klawiaturze:)
wtorek, 4 sierpnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz