



Przede mna juz ostatnia przelecz z serii dwu-tysiecznych alpejskich kolosow. Za chwile rozpoczne podjqzd na przelecz Col de la Caoylle. Przez ostatni tydzien codziennie pokonywalem dlugi podjazd na wysokosc ponad 2000 m i zaczynam troche odczowac trudy tej wyprawy. Ciezkie zmqgqnia jednak sa natychmiast wynagradzane niesamowitymi widokami i satysfakcja z pokonania zarowno wlasnych slabosci jak i zrealizowania kolejnego kroku przyblizajacego do zrealizowania zamierzonego celu. Zamieszcze ponizej fragment moich notatek.
"Slonce powoli rozswietla sasiednie gory oblewajac je cieplymi barwami. Zielen i zolc zmieniaja swoje odcienie przechodzac od ciemnych lekko przybrudzonych, az po niezwykle zywe wrecz soczyste. Wtoruje im, tworzac tlo dla tego spektaklu intensywny blekit nieba, ktory tez jakis taki wyelegantowany tego poranka. Czyzby jakas specjalna okazja? A moze maly prezent od matki natury ? Przyjmuje go wiec z otwartymi ramionami.
Serpentyny wiszace sie cala noc nad moja glowa jak topor wcale nie sa takie straszne. Jest to chyba najprzyjemniejszy ze wszystkich podjazdow jakie mi sie do tej pory przytrafily. Col du Petit St. Bernard jak mozna by wywnioskowac z nazwy to taki mlodszy brat Col du Grand St. Bernard. Z pewnoscia jednak nie powiedzialbym, ze pozostajacy w cieniu swojego "wielkiego brata". Ustepujemu jedynie wysokoscia, ale pieknem krajobrazu zostali obdarowani po rowno. Kazda serpentyna sprawia, ze na horyzoncie pojawiaja sie nowe szczyty dotychczas niewidoczne. Cala sceneria w okolo zmienia sie jak w kalejdoskopie, a ja nie oge sie powstrzymac zeby nie uwiecznic tego moim aparatem. Czasami udaje mi sie przejechac kilkadzizsiat metrow i juz nowe szczegoly, ktore wylonily sie nie wiedziec skad przyciagaja moja uwage. Wreszcie zza szczytow widocznych na pierwszym planie probuje zaznaczyc swoja obecnosc najwyzsza goa Europy Mount Blqnc lub jak mawiaja wlosi Monte Bianco. Troche niesmialo wychyla sie ponad swoja obstawe, a przeciez to on jest tutaj glownym aktorem. Z kazda chwila coraz bardziej nabiera pewnoscii prezy swoj bialy, masywny tors. Teraz on do,inuje i blyszczy w promieniach slonca jak przystalo na prawdziwego krola. Co jakis czas pojedyncze obloki przyslaniaja poteznego Bianco niczym kurtyna oddzielajaca oposzczegolne akty spektaklu. Po chwili nastepuje kolejna odslona i osniezona gora znow jest do dyspozycji, przejezdzajacych turystow. Na przeleczy Col du Petit St. Bernard posag sw. Bernarda zdaje sie unosic w chmurach, ktore przesowaja sie w dolinie po stronie francuskiej przypominajac fale na wzburzonym oceanie. Zjezdzajac w dol zatapiam sie w jego glebiny nurkujac na samo dno do miejscowosci Bourg St. Mourice. Stad wyruszam na kolejna przelecz Col de l'Iseran na ktora wiedzie 48 kilometrowy podjazd."
Taki niewielki fragment, ale na tyle starczylo mi czasu i cierpliwosci do klawiatury z poprzestawianymi literami.
domyslam sie ze w trakcie pisania kilka razy skakales po klawiaturze z braku cieprliwosci. hehe
OdpowiedzUsuńTrzyma kciuki ! :)
OdpowiedzUsuńArturo, jesteś wielki :)
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki!!!