Jestem juz w Granadzie, na liczniku 3800 km. Jutro czeka mnie najwyzszy podjazd podczas calej wyprawy na Pico de Veleta - 40 km podjazdu na wysokosc 3400 m. Z Granady udam sie do Malagi i promem przeplyne do Melilli i od Maroka rozpoczne afrykanska przygode.
"Hiszpania to ostatni europejski kraj na mojej trasie podrozy, ktory zamyka pelna dziesiatke. Tyle bowiem panstw sie uzbieralo przez ponad miesiac. Powoli czuje, ze zamyka sie pierwsza czesc przygody, ale na rozluznienie nie ma czasu. Hiszpania bynajmniej nie jest spacerkiem po piaszczystej plazy w nadmorskim kurorcie. Jazda rowerem przez wnetrze kraju to nie sa przelewki. Juz od samego poczatku widac bylo, a wlasciwie czulem to na wlasnej skorze, ze najwieksdzym wyzwaniem beda upaly. I tak rzeczywiscie jest. Od13 do 18 slonce grzeje jak szalone jakby chcialo spalic mnie zywcem. Staram sie robic dwie godziny przerwy bo na wiecej niemoge sobie pozwolic, ale dobre i tyle wytchnienia. Kazda chwila spedzona w cieniu jest w tych warunkach wybawieniem. Nawet krotka przerwa na zakupy, czy pranie na stacji benzynowej. Jednak pozostaly czas, ktory spedzam na jezdzie i tak mocno daje mi sie we znaki. Nakrycie glowy zaslaniajace uszy i koszulka z dlugim rekawem to podstawa. Gdy w jednej miejscowosci na termometrze zobaczylem, ze wskazuje on 41 st.C pomyslalem, czy ja zmierzam w strone piekla. Teraz nastepnym etapem bedzie juz tylko wrzucenie na ruszt. Moze to wlsnie mnie czeka. Kazde nacisniecie na pedala staje sie jakby wolniejsze, a mimo to pochlaniawiecej energii zasysajac ja ze zdwojona sila. Zupelnie jakby jakis pasozyt przykleil sie do mnie i w najlepsze bawil sie moim kosztem. Plaskie odcinki staja sie meczace, a podjazdy nawet te krotkie wypompowuja litry potu. Zalewa on oczy, a na twarzy miesza sie z kremem i tworzy lepka maz. Dopiero okolo godziny 18 moge zlapac oddech. Slonce traci swoja moc a ja ja odzyskuje. Nie powiem zeby robilo sie chlodno, ale warunki sa bardziej do wytrzymania.
Poranki sa natomiast wrecz niesamowite w porownaniu z tym co dzieje sie w ciagu dnia. Dwa rozne swiaty i az trudno je polaczyc w jedno bo przeciez jestem w tym samym miejscu. Nie przenosze sie w ciagu kilku godzin nainna planete, chociaz takie odnosze wrazenie. Przed godzina 7 ostatnie gwiazdy dogasaja na ciemnym granatowym niebie. Hiszpania bardzo powoli, w swoim stylu budzi sie do zycia. Przeciaga sie i ziewa jakby od samego rana zapanowala "maniana". Slonce tez jest bardzo "hiszpanskie". Z charakterystycznym dla tutejszego zwyczaju z malym opoznieniem wynurza sie zza lini horyzontu i bardzo opieszale wznosi sie coraz wzej. Ciemne kontury gorjakby zarysowane czarna kredka rozjasnieja sie i naberaja cieplych barw, gdy splywaja na anie promienie slonca. Czerwona kula zaczyna w koncu swiecic zoltym intensywnym swiatlem i od tego momentu stopniowo ogrzewa wychlodzone przez noc powietrze. Wtedy jedzie sie najprzyjemniej. Najczesciej staram sie wyruszac jak najwczesniej zeby wykorzystac kazda minute "chlodu". Przypomina to zabawe w berka. Ja staram sie uciec jak najdalej, czyli przejehac do przerwy jak najwiecej kilometrow zani dopadnie mnie nieznosna goraczka. Poxniej bowiem pozostaje wymeczanie dystansu do onca i nie ma to nic wspolnego z jakakolwiek przyjemnoscia. Ciagle spogladanie na zegarek i odliczanie bardzo powolne do godziny 19. Minuty zwalniaja wtedy, a kazda godzina trwa wiecznosc. Sa to momenty, kiedy najchetniej rzucilbym rower w przepasc, albo chociaz do rowu. Trudno go za to winic, ale tylko "on" mi pozostajezeby wyladowac swoje nerwy. Czasami az gromy leca na lewo i prwao i dobrze ze polskiego nikt tu nie rozumie. Jakas rownowagetrzeba jednak zachowac. Te gorsze chwile tez sa potrzebne i ogrywaja niebagatelna role w calej podrozy mimo, ze w danej chwili myslimy zupelnie inaczej. Gdy leze juz w namiocie i czuje pulsujace miesnie lydek i ud odczuwam satysfakcje z dobrze wykonanej "roboty". Moge sobie powiedziec, ze to byl dobry dzien. Pomimo tudnosci jestem o kolejne kilometry blizej osiagniecia celu. Co rawda jeszcze bardzo odleglego i nieco abstrakcyjnego, ale jednak. Male kroczki zaczynaja w koncu zostawiac dlugi slad przebytej drogi. Wtedy mozna spojrzec na mape i uswiadomic sobie, ze juz calkie spory dystans mamy za soba. Niedawno jeszcze zmagalem sie z alpejskimi przeleczami. Mialem ich 9 przed soba i glowe pelna obaw. Teraz moge to przyznac. Najpierw byla jedna, potem druga, az wreszcie czulem podekscytowanie, ze to juz ostatnia. Ani sie obejrzalem, a ponad miesiac czasu jestem juz w drodze . Wydaje mi sie jednak, ze dopiero co wyrusale. Czas w podrozy mija naprawde bardzo szybko. Tyle sie dzieje. To co jednego dnia wydaje sie problemem nie do przejscia, czy tez urasta do rangi dramatu za chwile przechodzi juz do przeszlosci. Na drugi dzien jest tak odlegle, ze nawet sie o tym nie pamieta. Czasami dlatego, ze probujemy wyjsc z kolejnej sytuacji pozornie beznadziejnej, albo po prostu delektujemy sie podroza. Tych przyjemnyc rzeczy jest zdecydowanie wiecej. Tylko od nas zelezy czy je dostrzezemy, bo na drodze jet ich cale mnostwo.
sobota, 29 sierpnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Witam, nie spodziewalem, sie ze tak szybko bedzie nastepny wpis, sprawdzalem na mapie i widze ze polykasz kilometry zgodnie z planem, mam nadzieje ze w afryce obedzie sie bez klopotow i ze chociaz raz znajdziesz dostep do internetu, zeby zdac dluzsza relacje na blogu, pozdrawiam
OdpowiedzUsuń/jak widzisz stac mnie na powazny wpis, chociaz jak przeczytalem 22 linijke tekstu to mialem mala ochote pokusic sie o niesmaczny zart/