ten czubek po lewej stronie to wlasnie moj celDroga na szczyt wielokrotnie zmieniala swoje oblicze





Na szczycie, prawie 3400 m, wierzcholek jest tuz obok
Ponownie jestem w Granadzie. Wczoraj wjechalem na Pico del Veleta. Podjazd na wysokosc 3400 m mial dlugosc 43 km i trwal 7 godzin. Dzisiaj troche odpoczynku od samego rana. Postanowilem zrobic przerwe i spedzic kilka godzin w Granadzie. Ruszam po poludniu. Do Malagi dojade w srode skad promem przeplyne do Melilli i rozpoczne podroz w Maroku.
"Nadszedl wreszcie ten dlugo wyczekiwany moment. Ponad miesiac podrozy, wiele podjazdow w Alpach, Envalira w Pirenejach, ale wszystkie one sa teraz nie wazne. Dostarczyly mi wielu emocji, satysfakcji i niezapomnianych wrazen. Jednak nie maja tak symbolicznego wydzwieku jak monumentalny Pico del Veleta. Planujac trase wyprawy od razu wiedziaem, ze ta gora musi sie na niej znalezc. Troche niesmialo i chyba z niedowierzaniem umiescilem ja na mapie podrozy. Jeje parametry sa imponujace i moga na poczatku oniesmielac. Po to jednak sa wyzwania zeby je podejmowac, a trudnosci przezwyciezac. Siedze jeszcze w namiocie w oczekiwaniu na swit. Jest godzina 7, a niebo czarne jak smola. Iskrza sie jeszcze gwiazdy i tylko delikatna luna zaczyna pojawiac sie na wschodzie ponad gorami. Tam wlasnie znajduje sie Pico del Veleta. O 7.30 wreszcie moge zaczac ladowac wszystko na rower. Pozostawiam w tyle miasteczko Cenes de la Veg, ktore z daleka wyglada jak gniazdo. Biale domy przycupniete na stromym zboczu piaszczystej gory wyraznie odznacza sie od brazowego otoczenia. Pokonuje pierwsze serpentyny dosyc gladko i staram sie poki co nie myslec o koncowym sukcesie. Jest on jeszcze bardzo odlegly. Pierwsza godzina mija szybko. Emocje i podekscytowanie jeszcze do konca nie opadly i pobudzaja organizm. Nie ma jeszcze uczucia onotonii i pytan o sens tego wszystkiego, ktore rodza sie zawsze gdy jest ciezko. To jednak tez przyjdzie z czasem. Zdazylem sie juz przyzwyczaic do tego schematu. Poszczegolne reakcje psychiki sa zawsze takie same. Droga rozpoczela swoj taniec po zboczu gory i robi to z gracja godna baletnicy. Przyjmuje ekwilibrystyczne pozy, wygina sie i przeskakuje z jednego wzgorza na drugie. Sa to jednak dopiero zaloty, ktore maja mnie doprowadzic do podnoza Pico del Veleta. Zeby moc dostapic "zaszczytu" wjazdu na tego kolosa trzeba przejsc ten pierwszy etap. Mozna tez podjechac samochodem z rowerem na dachu i rozpoczac wspinaczke na oncowym odcinku. Traci to jednak zupelnie swoj urok. Nie bedzie to doglebne przezycie i doswiadczenie calej drogi na gore. Nie zdazy sie zbudowac pewna mistyczna atmosfera, a emocje nie beda stopniowo narastaly. Nie samo wjechanie i staiecie na szczycie jest najwazniejsze. Dla mnie wieksza wartosc ma to co dzeje sie w sferze psychicznej, jakie zmiany w niej zachodza. Od euforii do calkowitego zniechecenia i przygnebienia. Przelamywanie tych barier jest doswiadczeniem niezwyklym i potrzeba czasu zeby mozna bylo przez to przejsc. Dopiero po 20 kilometrach ukazuje sie Pico del Veleta. Teraz mam go przed soba w calej okazalosci. Moj cel jest wyrazny, ale nie na wyciagniecie reki. W pierwszej chwili z niedowierzaniem na niego spogladam. Nie zacytuje slowa, ktore po cichu szeptam pod nosem. W bardzo dobitny sposob wyraza ono podziw zmieszany z niedowierzaniem. Ten czubek tam w oddali to ma byc to? W jaki sposob tam dotre na rowerze? Moge sobie jedynie wyobrazic koncowa wspinaczke, ktora mnie czeka. Mijam miasteczko Sol y Nieve plozace sie u podnoza Velety i rozpoczynam ostatni etap podjazdu. Pozostalo 13 kilometrow. Na wysokosci 2500 m jest juz chlodno, pojawiaja sie chmury, ktore przyslaniaja slonce. Warunki do jazdy sa dobre. Zaczynaja sie zlynne serpentyny, ktore robia niesamowite wrazenie gdy patrzy sie na nie z gory. Podczas podjazdu tez zreszta wzbudzaja wiele emocji. Nie wiem czy ja mam coraz mniej sily, czy droga staje sie bardziej stroma. Mozolnie i z trudem zaczynam pokonywac kazdy metr. Krajobraz zmienia sie w ksiezycowa scenerie i z czasem otaczaja nie juz tylkoskalne rumowiska. Droga kluczy miedzy nimi, a asfaltu jest coraz mniej z kazdym kilometrem. Upragniky wierzcholek jest juz blisko. Tak mi sie przynajmniej wydaje. Jest to jednak tylko zludzenie. Patrzac na niego z dolu przypomina dziob tonacego statku, ktory wystaje ponad otchlan szalejacych fal. Mijam 40 kilometr. Zdaje mi sie, ze kraze dookola szczytu, a ten wcale sie nie przybliza. Ostatni kilometr to rumowisko kamieni. Obladowany rower z mozolem pnie sie do gory, a ja ten koncowy odcinek pokonuje zupelnie na stojaco. Tylne kolo zaczyna slizgac sie i obracac w miejscu. Emocje i determinacja sa tak duze, ze nie zauwazam nawet iz jest to juz konie drogi. Sam wierzcholek znajduje sie jakies 50 metrow dalej, ale mozna na niego tylko wejsc lub wniesc rower. W moim przypadku jest to raczej nie mozliwe. To jest koniec zmagania. Z gory roztacza sie wspaniala panorama. Tuz obok znajduje sie wyzszy o kilkadziesiat metrow Mulhacen. Patrzac w dol z trudem ogarniam przestrzen i droge ktora przebylem. 43 kilometry podjazdu na wysokosc 3400 m, ponad 2500 m przewyzszenia i 7 godzin wspinaczki. Tak w skrocie moznaby podsumowac dzisiejszy dzien. Liczby jednak nie oddaja emocji i tego wszystkiego co przez ten czas dzieje sie w srodku, w glowie. Nie boje sie tego slowa i wlasciwie nie znadjuje lepszego - "magia".















