poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Pico del Veleta - symboliczny wjazd na zakonczenie zmagan w Europie

ten czubek po lewej stronie to wlasnie moj cel




















Droga na szczyt wielokrotnie zmieniala swoje oblicze















Na szczycie, prawie 3400 m, wierzcholek jest tuz obok
















Ponownie jestem w Granadzie. Wczoraj wjechalem na Pico del Veleta. Podjazd na wysokosc 3400 m mial dlugosc 43 km i trwal 7 godzin. Dzisiaj troche odpoczynku od samego rana. Postanowilem zrobic przerwe i spedzic kilka godzin w Granadzie. Ruszam po poludniu. Do Malagi dojade w srode skad promem przeplyne do Melilli i rozpoczne podroz w Maroku.

"Nadszedl wreszcie ten dlugo wyczekiwany moment. Ponad miesiac podrozy, wiele podjazdow w Alpach, Envalira w Pirenejach, ale wszystkie one sa teraz nie wazne. Dostarczyly mi wielu emocji, satysfakcji i niezapomnianych wrazen. Jednak nie maja tak symbolicznego wydzwieku jak monumentalny Pico del Veleta. Planujac trase wyprawy od razu wiedziaem, ze ta gora musi sie na niej znalezc. Troche niesmialo i chyba z niedowierzaniem umiescilem ja na mapie podrozy. Jeje parametry sa imponujace i moga na poczatku oniesmielac. Po to jednak sa wyzwania zeby je podejmowac, a trudnosci przezwyciezac. Siedze jeszcze w namiocie w oczekiwaniu na swit. Jest godzina 7, a niebo czarne jak smola. Iskrza sie jeszcze gwiazdy i tylko delikatna luna zaczyna pojawiac sie na wschodzie ponad gorami. Tam wlasnie znajduje sie Pico del Veleta. O 7.30 wreszcie moge zaczac ladowac wszystko na rower. Pozostawiam w tyle miasteczko Cenes de la Veg, ktore z daleka wyglada jak gniazdo. Biale domy przycupniete na stromym zboczu piaszczystej gory wyraznie odznacza sie od brazowego otoczenia. Pokonuje pierwsze serpentyny dosyc gladko i staram sie poki co nie myslec o koncowym sukcesie. Jest on jeszcze bardzo odlegly. Pierwsza godzina mija szybko. Emocje i podekscytowanie jeszcze do konca nie opadly i pobudzaja organizm. Nie ma jeszcze uczucia onotonii i pytan o sens tego wszystkiego, ktore rodza sie zawsze gdy jest ciezko. To jednak tez przyjdzie z czasem. Zdazylem sie juz przyzwyczaic do tego schematu. Poszczegolne reakcje psychiki sa zawsze takie same. Droga rozpoczela swoj taniec po zboczu gory i robi to z gracja godna baletnicy. Przyjmuje ekwilibrystyczne pozy, wygina sie i przeskakuje z jednego wzgorza na drugie. Sa to jednak dopiero zaloty, ktore maja mnie doprowadzic do podnoza Pico del Veleta. Zeby moc dostapic "zaszczytu" wjazdu na tego kolosa trzeba przejsc ten pierwszy etap. Mozna tez podjechac samochodem z rowerem na dachu i rozpoczac wspinaczke na oncowym odcinku. Traci to jednak zupelnie swoj urok. Nie bedzie to doglebne przezycie i doswiadczenie calej drogi na gore. Nie zdazy sie zbudowac pewna mistyczna atmosfera, a emocje nie beda stopniowo narastaly. Nie samo wjechanie i staiecie na szczycie jest najwazniejsze. Dla mnie wieksza wartosc ma to co dzeje sie w sferze psychicznej, jakie zmiany w niej zachodza. Od euforii do calkowitego zniechecenia i przygnebienia. Przelamywanie tych barier jest doswiadczeniem niezwyklym i potrzeba czasu zeby mozna bylo przez to przejsc. Dopiero po 20 kilometrach ukazuje sie Pico del Veleta. Teraz mam go przed soba w calej okazalosci. Moj cel jest wyrazny, ale nie na wyciagniecie reki. W pierwszej chwili z niedowierzaniem na niego spogladam. Nie zacytuje slowa, ktore po cichu szeptam pod nosem. W bardzo dobitny sposob wyraza ono podziw zmieszany z niedowierzaniem. Ten czubek tam w oddali to ma byc to? W jaki sposob tam dotre na rowerze? Moge sobie jedynie wyobrazic koncowa wspinaczke, ktora mnie czeka. Mijam miasteczko Sol y Nieve plozace sie u podnoza Velety i rozpoczynam ostatni etap podjazdu. Pozostalo 13 kilometrow. Na wysokosci 2500 m jest juz chlodno, pojawiaja sie chmury, ktore przyslaniaja slonce. Warunki do jazdy sa dobre. Zaczynaja sie zlynne serpentyny, ktore robia niesamowite wrazenie gdy patrzy sie na nie z gory. Podczas podjazdu tez zreszta wzbudzaja wiele emocji. Nie wiem czy ja mam coraz mniej sily, czy droga staje sie bardziej stroma. Mozolnie i z trudem zaczynam pokonywac kazdy metr. Krajobraz zmienia sie w ksiezycowa scenerie i z czasem otaczaja nie juz tylkoskalne rumowiska. Droga kluczy miedzy nimi, a asfaltu jest coraz mniej z kazdym kilometrem. Upragniky wierzcholek jest juz blisko. Tak mi sie przynajmniej wydaje. Jest to jednak tylko zludzenie. Patrzac na niego z dolu przypomina dziob tonacego statku, ktory wystaje ponad otchlan szalejacych fal. Mijam 40 kilometr. Zdaje mi sie, ze kraze dookola szczytu, a ten wcale sie nie przybliza. Ostatni kilometr to rumowisko kamieni. Obladowany rower z mozolem pnie sie do gory, a ja ten koncowy odcinek pokonuje zupelnie na stojaco. Tylne kolo zaczyna slizgac sie i obracac w miejscu. Emocje i determinacja sa tak duze, ze nie zauwazam nawet iz jest to juz konie drogi. Sam wierzcholek znajduje sie jakies 50 metrow dalej, ale mozna na niego tylko wejsc lub wniesc rower. W moim przypadku jest to raczej nie mozliwe. To jest koniec zmagania. Z gory roztacza sie wspaniala panorama. Tuz obok znajduje sie wyzszy o kilkadziesiat metrow Mulhacen. Patrzac w dol z trudem ogarniam przestrzen i droge ktora przebylem. 43 kilometry podjazdu na wysokosc 3400 m, ponad 2500 m przewyzszenia i 7 godzin wspinaczki. Tak w skrocie moznaby podsumowac dzisiejszy dzien. Liczby jednak nie oddaja emocji i tego wszystkiego co przez ten czas dzieje sie w srodku, w glowie. Nie boje sie tego slowa i wlasciwie nie znadjuje lepszego - "magia".

sobota, 29 sierpnia 2009

Hiszpania zbliza sie ku koncowi

Jestem juz w Granadzie, na liczniku 3800 km. Jutro czeka mnie najwyzszy podjazd podczas calej wyprawy na Pico de Veleta - 40 km podjazdu na wysokosc 3400 m. Z Granady udam sie do Malagi i promem przeplyne do Melilli i od Maroka rozpoczne afrykanska przygode.
"Hiszpania to ostatni europejski kraj na mojej trasie podrozy, ktory zamyka pelna dziesiatke. Tyle bowiem panstw sie uzbieralo przez ponad miesiac. Powoli czuje, ze zamyka sie pierwsza czesc przygody, ale na rozluznienie nie ma czasu. Hiszpania bynajmniej nie jest spacerkiem po piaszczystej plazy w nadmorskim kurorcie. Jazda rowerem przez wnetrze kraju to nie sa przelewki. Juz od samego poczatku widac bylo, a wlasciwie czulem to na wlasnej skorze, ze najwieksdzym wyzwaniem beda upaly. I tak rzeczywiscie jest. Od13 do 18 slonce grzeje jak szalone jakby chcialo spalic mnie zywcem. Staram sie robic dwie godziny przerwy bo na wiecej niemoge sobie pozwolic, ale dobre i tyle wytchnienia. Kazda chwila spedzona w cieniu jest w tych warunkach wybawieniem. Nawet krotka przerwa na zakupy, czy pranie na stacji benzynowej. Jednak pozostaly czas, ktory spedzam na jezdzie i tak mocno daje mi sie we znaki. Nakrycie glowy zaslaniajace uszy i koszulka z dlugim rekawem to podstawa. Gdy w jednej miejscowosci na termometrze zobaczylem, ze wskazuje on 41 st.C pomyslalem, czy ja zmierzam w strone piekla. Teraz nastepnym etapem bedzie juz tylko wrzucenie na ruszt. Moze to wlsnie mnie czeka. Kazde nacisniecie na pedala staje sie jakby wolniejsze, a mimo to pochlaniawiecej energii zasysajac ja ze zdwojona sila. Zupelnie jakby jakis pasozyt przykleil sie do mnie i w najlepsze bawil sie moim kosztem. Plaskie odcinki staja sie meczace, a podjazdy nawet te krotkie wypompowuja litry potu. Zalewa on oczy, a na twarzy miesza sie z kremem i tworzy lepka maz. Dopiero okolo godziny 18 moge zlapac oddech. Slonce traci swoja moc a ja ja odzyskuje. Nie powiem zeby robilo sie chlodno, ale warunki sa bardziej do wytrzymania.
Poranki sa natomiast wrecz niesamowite w porownaniu z tym co dzieje sie w ciagu dnia. Dwa rozne swiaty i az trudno je polaczyc w jedno bo przeciez jestem w tym samym miejscu. Nie przenosze sie w ciagu kilku godzin nainna planete, chociaz takie odnosze wrazenie. Przed godzina 7 ostatnie gwiazdy dogasaja na ciemnym granatowym niebie. Hiszpania bardzo powoli, w swoim stylu budzi sie do zycia. Przeciaga sie i ziewa jakby od samego rana zapanowala "maniana". Slonce tez jest bardzo "hiszpanskie". Z charakterystycznym dla tutejszego zwyczaju z malym opoznieniem wynurza sie zza lini horyzontu i bardzo opieszale wznosi sie coraz wzej. Ciemne kontury gorjakby zarysowane czarna kredka rozjasnieja sie i naberaja cieplych barw, gdy splywaja na anie promienie slonca. Czerwona kula zaczyna w koncu swiecic zoltym intensywnym swiatlem i od tego momentu stopniowo ogrzewa wychlodzone przez noc powietrze. Wtedy jedzie sie najprzyjemniej. Najczesciej staram sie wyruszac jak najwczesniej zeby wykorzystac kazda minute "chlodu". Przypomina to zabawe w berka. Ja staram sie uciec jak najdalej, czyli przejehac do przerwy jak najwiecej kilometrow zani dopadnie mnie nieznosna goraczka. Poxniej bowiem pozostaje wymeczanie dystansu do onca i nie ma to nic wspolnego z jakakolwiek przyjemnoscia. Ciagle spogladanie na zegarek i odliczanie bardzo powolne do godziny 19. Minuty zwalniaja wtedy, a kazda godzina trwa wiecznosc. Sa to momenty, kiedy najchetniej rzucilbym rower w przepasc, albo chociaz do rowu. Trudno go za to winic, ale tylko "on" mi pozostajezeby wyladowac swoje nerwy. Czasami az gromy leca na lewo i prwao i dobrze ze polskiego nikt tu nie rozumie. Jakas rownowagetrzeba jednak zachowac. Te gorsze chwile tez sa potrzebne i ogrywaja niebagatelna role w calej podrozy mimo, ze w danej chwili myslimy zupelnie inaczej. Gdy leze juz w namiocie i czuje pulsujace miesnie lydek i ud odczuwam satysfakcje z dobrze wykonanej "roboty". Moge sobie powiedziec, ze to byl dobry dzien. Pomimo tudnosci jestem o kolejne kilometry blizej osiagniecia celu. Co rawda jeszcze bardzo odleglego i nieco abstrakcyjnego, ale jednak. Male kroczki zaczynaja w koncu zostawiac dlugi slad przebytej drogi. Wtedy mozna spojrzec na mape i uswiadomic sobie, ze juz calkie spory dystans mamy za soba. Niedawno jeszcze zmagalem sie z alpejskimi przeleczami. Mialem ich 9 przed soba i glowe pelna obaw. Teraz moge to przyznac. Najpierw byla jedna, potem druga, az wreszcie czulem podekscytowanie, ze to juz ostatnia. Ani sie obejrzalem, a ponad miesiac czasu jestem juz w drodze . Wydaje mi sie jednak, ze dopiero co wyrusale. Czas w podrozy mija naprawde bardzo szybko. Tyle sie dzieje. To co jednego dnia wydaje sie problemem nie do przejscia, czy tez urasta do rangi dramatu za chwile przechodzi juz do przeszlosci. Na drugi dzien jest tak odlegle, ze nawet sie o tym nie pamieta. Czasami dlatego, ze probujemy wyjsc z kolejnej sytuacji pozornie beznadziejnej, albo po prostu delektujemy sie podroza. Tych przyjemnyc rzeczy jest zdecydowanie wiecej. Tylko od nas zelezy czy je dostrzezemy, bo na drodze jet ich cale mnostwo.

piątek, 28 sierpnia 2009

wiesci z hiszpanii





































Juz od kilku dni przemierzam Hiszpanie, ktora niesamowitymi upalami nie daje mi spokoju. Obecnie jestem w miescie Ubeda. Za 2 dni czeka mnie najwyzszy podjazd podczas tej wyprawy na Pico Veleta na wysokosc 3400 m. Za 4-5 powinienem opuscic kontynent europejski i rozpoczac etap afrykanski. Ostatnio mialem mala przygode z tylnym kolem. A tak to bylo.

" Przez caly dzien jazda szla bardzo gladko. Dopiero na sam koniec dnia okazalo sie, ze obrecz w tylnym kole jest nadpeknieta. Oznacza to, ze kolo trzeba wymienic. Gdzie ja tu znajde jakis serwis rowerowy na tym kompletnym odludziu. Mam nadzieje, ze na wadliwym kole uda mi sie dojechac do wiekszej miejscowosci. Patrzac jedak na defekt to czarno to widze. Nie mam poki co zielonego pojecia co z tym zrobic, a sam nic tu nie poradze. Nie mam nawet ochoty juz o tym myslec. Jedyne o czym teraz marze to sie wyspac. Oby tylko kolo nie rozpadlo sie gdy o poranku zaladuje sakwy i posadze jeszcze na nim swoj tylek, ktory juz co prawda wazy troche mniej, ale zawsze jest to troche kilogramow:)
Budzik dzwoni jak zwykle o godzinie 5. Przestawiam go na 6, zeby odsunac jewszcze ten problem w czasie, choc wiem, ze to nic nie da. Predzej czy pozniej bede musial sie z nim zmierzyc . Ponownie dzwiek zegarka wyrywa ,mnie ze snu tak glebokiego jak nigdy. Tym razem trzeba sie zebrac i zaczac dzialac. Te same czynnosci jak kazdego ranka wykonuje juz automatycznie. Strumien swiatla czolowki omiata wnetrze namiotu, a w mojej glowie kolacze sie widmo porazki. Po chwili jednak odzyskuje wiare. Jakos to bedzie. Ta podroz nie moze sie zakonczyc wlasnie w taki sposob, to zupelnie wykluczone.
Z dusza na ramieniu siadam na siodelku i naciskam na pedala bardzo delikatnie. Jedzie. Nic nie skrzypnelo, znaczy, ze kolo sie trzyma w jednym kawalku. Odzyskuje stopniowo pewnosc, ale caly czas odruchowo zerkam na dol. W pierwszej wiosce Alcaraz informuja mnie, ze najblizsze miejsce gdzie moge naprawic taka usterke to Puenta de Genave oddalona o 51 kilometrow. Ruszam w droge, czujac sie troche jakbym jechal na tykajacej bombie, ktora lada chwila eksploduje. Z czasem jednak przestaje to byc takie straszne, nie ma sie co na zapas tak przejmowac. Nabieram to calej tej sytuacji dystansu. W Punta de Genave wchodze do pierwszego warsztatu i wyjasniam o co mi chodzi i czego potrzebuje. Zdezorientowany starszy hiszpan kreci glowa i stwierdza, ze tutaj serwisu rowerowego nie znajde. Pokazuje mi na mapie kolejna miejscowosc oddalona tym razem o 30 kilometrow. Tym sposobem to za chwile dotre na koniec Hiszpanii w poszukiwaniu serwisu. Po chwili jednak cos mojego rozmowce oswieca i wola kolege, ktory mowi, ze jego znajomy ma warsztat samochodowy, ale rowery tez tam naprawiaja. Co wazniejsze znacznie blizej bo tylko 5 kilometrow stad. Dostaje narysowana na kartce papieru dokladna lokalizacje i ruszam ponownie w droge. Po prawej stronie mijam stacje benzynowa, zgodnie z wytycznymi, wiec lada chwila powinien ukazac sie upragniony warsztat. Oto i on. Jeden z wielu w wiosce Puerta de Segura, ale jak mnie zapewniali najlepszy. A swoja droga, to strasznie duzo maja tu w Hiszpanii warsztatow samochodowych. Kazda nawet niewielka miescina ma ich zawwsze kilka. Zeby choc jedna dziesiata ztego to byly kawiarenki internetowe. Z tym mam tutaj najwiekszy problem. Nawet po tak duzej miejscowosci jak Albacete kreecilem sie z marnym skutkiem przez prawie godzine. Wrocmy jednak do owego najlepszego warsztatu samochodowego i jak mnie zapewniaja rowniez rowerowego. Jak mozna bylo przewidziec angielski do nieczego mi sie nie przydaje. Pozostaje wiec jezyk migowy i duzo usmiechu. To zawsze pomaga. Wychodzi dwoch sympatycznych hiszpanow w srednim woeku, ktorzy doslownie pasuja do siebie jak flip i flap. Z powodzeniem mogliby swoimi wizerunkami wykreowac komediowa role w jakims filmie. Wiec oni zajma sie moim rowerem. Ich szerokie usmiechy rozbroily mnie calkowicie. Czym tu sie w ogole przejmowac? Jakims kolem? Natychmiast i mnie udziela sie ten dobry nastroj. Pokazuje w czym tkwi problem. Jeden z niech oglada dokladnie tylne kolo po czym znika gdzies na zapleczu w stercie rozmaitych kartonow. Dlugo go nie ma. Czyzby maniana? Wraca jedank z nowiutkim kolem. Niestety nie takie jakiego potrzebuje. Pokazuje, ze musi byc z szybkozamykaczem bo inaczej nie przymocuje przyczepki. Rozklada bezradnie rece i gestami pokazuje, ze niec wiecej nie moze zrobic. Ja swoimi daje mu do zrozumienia, ze jednak musi mi pomoc. Kilka usmiechow i jednak cos daje sie wykombinowac. Kaze mi zaczekac, a sam wsiada do samochodu i odjezdza. Czekam wiec myslac sobie, ze juz nie jest zle. Skoro sie zaangazowal to bez nowego kola nie pozwoli mi odjechac. Po 15 minutach zjawja sie i z usmiechem na twarzy wysiada nie z jednym, a zdwoma kolami. Jedno jest dokladnie takie o jakie mi chodzi. Szybko zamienia je ze starym i rower jest gotowy do dalszej jazdy. Nie ma sytuacji bez wyjscia. Czasami znajduje sie ono tam gdzie nawet bysmy nie szukali. Trzeba zaufac swojej intuicji i dac sie jej prowadzic. Taki moral przynisla dlamnie ta cala przygoda. Wiecej dystansu do wszystkiego co zdarza sie podczas podrozy. Wszystko jest jej czescia i tworzy spojna calosc. To jednak widac dopiero z perspektywy czasu"

środa, 19 sierpnia 2009

Miedzy Alpami a Pirenejami






Upaly nie daja spokoju. Jestem juz w Carcassone tuz przed Pirenejami. Jutro powinienem wjechac do Andory, a potem czeka mnie przejazd przez cala Hiszpanie. Na liczniku ponad 2600 km i dobre samopoczucie co chyba najwazniejsze. Po opuszczeniu Alp rozpoczely sie upaly ktore nie daja wytchnienia. I krotka notka z moich zapiskow
" Widac moj budzik jest juz calkowicie zsynchronizowany z tutejsza fauna hodowlana. Dokladnie o 5.30 czyli z chwila gdy moj namiot wypelnia jednostajne pikanie zegarka na zewnatrz slychac pianie wszystkich okolicznych kogutow. Jeden za drugim wydaja dzwieki jeszcze bardziej natretne niz moj niewinny budzik. Najwyzsza pora rozpoczac kolejny dzien - zdaja sie obwieszczac wszem i wobec. Tylko dlaczego o tak nieludzkiej porze. Coraz czesciej nie mam absolutnie ochoty wylazic ze spiwora. Dobre pol godziny ,ija zanim sie z niego wygramole. Szybko cos napisze w moim notatniku i czas zbierac manatki i zaprzegac rumaka. Szkoda tylko? ze napedzanego moimi nogami. Poranzk to zdecydowanie najlepsza pora na jazde. Gdy jeszcze trafia sie plaski teren tak jak dzisiaj to kilometry wrecz same uciekaja spod kol. Przyjzmne, rzeskie powietrze, delikatny chlodzacy wiaterek potrafia zdzialac naprawde cuda. Trzeba wykorzystywac ten czas bo jeszcze chwila i o tak komfortowych warunkach bedzie mozna tylko pomarzyc. Z kazda chwila czuje na plecach coraz bardziej wyrazny, goracy oddech budzacej sie besti. Na razie tylko niemrawo prycha, ale juz w godzinach popoludniowych zieje zywym ogniem. Wykrecanie kolejnych kilometrow przychodzi z trudem i wyciska kazda krople potu. Bez picia czlowiek wysechlby chyba na wior. Ruchy staja sie powolne, a ja mam wrazenie, ze ktos odcial moje zasilanie. Powietrze zmienia konsystencje przybierajac postac lepkiej papki, ktora systematycznie oblepia wszystko i wszystkich. Podmuchy wiatru nie przynosza juz rzadnej ulgi. Wrecz przeciwnie. Przypominaja buchajaca z piekarnika pare gdy go otwieramy zeby wyjac ciasto. Na szczescie od czasu do czasu wzdluz drogi rosna alejki drzew, ktore staja sie chwilowym wybawieniem. Sa niczym oazy na pustyni i przypominaja klimatyzowane po,ieszczenia w tych warunkach. W taka pogode zdecydowanie najprzyjemniejszym miejscem sa...supermarkety. To dopiero ulga, gdy mozna poczuc prawdziwy chlod. Najchetniej nie wychodzilbym na zewnatrz przynajmniej do godziny 17, kiedy to warunki staja sie bardziej znosne. Nigdy nie sqdzilem, ze wlasnie to miejsce kiedykolwiek stanie sie moim ulubionym"

piątek, 14 sierpnia 2009











Przede mna juz ostatnia przelecz z serii dwu-tysiecznych alpejskich kolosow. Za chwile rozpoczne podjqzd na przelecz Col de la Caoylle. Przez ostatni tydzien codziennie pokonywalem dlugi podjazd na wysokosc ponad 2000 m i zaczynam troche odczowac trudy tej wyprawy. Ciezkie zmqgqnia jednak sa natychmiast wynagradzane niesamowitymi widokami i satysfakcja z pokonania zarowno wlasnych slabosci jak i zrealizowania kolejnego kroku przyblizajacego do zrealizowania zamierzonego celu. Zamieszcze ponizej fragment moich notatek.
"Slonce powoli rozswietla sasiednie gory oblewajac je cieplymi barwami. Zielen i zolc zmieniaja swoje odcienie przechodzac od ciemnych lekko przybrudzonych, az po niezwykle zywe wrecz soczyste. Wtoruje im, tworzac tlo dla tego spektaklu intensywny blekit nieba, ktory tez jakis taki wyelegantowany tego poranka. Czyzby jakas specjalna okazja? A moze maly prezent od matki natury ? Przyjmuje go wiec z otwartymi ramionami.
Serpentyny wiszace sie cala noc nad moja glowa jak topor wcale nie sa takie straszne. Jest to chyba najprzyjemniejszy ze wszystkich podjazdow jakie mi sie do tej pory przytrafily. Col du Petit St. Bernard jak mozna by wywnioskowac z nazwy to taki mlodszy brat Col du Grand St. Bernard. Z pewnoscia jednak nie powiedzialbym, ze pozostajacy w cieniu swojego "wielkiego brata". Ustepujemu jedynie wysokoscia, ale pieknem krajobrazu zostali obdarowani po rowno. Kazda serpentyna sprawia, ze na horyzoncie pojawiaja sie nowe szczyty dotychczas niewidoczne. Cala sceneria w okolo zmienia sie jak w kalejdoskopie, a ja nie oge sie powstrzymac zeby nie uwiecznic tego moim aparatem. Czasami udaje mi sie przejechac kilkadzizsiat metrow i juz nowe szczegoly, ktore wylonily sie nie wiedziec skad przyciagaja moja uwage. Wreszcie zza szczytow widocznych na pierwszym planie probuje zaznaczyc swoja obecnosc najwyzsza goa Europy Mount Blqnc lub jak mawiaja wlosi Monte Bianco. Troche niesmialo wychyla sie ponad swoja obstawe, a przeciez to on jest tutaj glownym aktorem. Z kazda chwila coraz bardziej nabiera pewnoscii prezy swoj bialy, masywny tors. Teraz on do,inuje i blyszczy w promieniach slonca jak przystalo na prawdziwego krola. Co jakis czas pojedyncze obloki przyslaniaja poteznego Bianco niczym kurtyna oddzielajaca oposzczegolne akty spektaklu. Po chwili nastepuje kolejna odslona i osniezona gora znow jest do dyspozycji, przejezdzajacych turystow. Na przeleczy Col du Petit St. Bernard posag sw. Bernarda zdaje sie unosic w chmurach, ktore przesowaja sie w dolinie po stronie francuskiej przypominajac fale na wzburzonym oceanie. Zjezdzajac w dol zatapiam sie w jego glebiny nurkujac na samo dno do miejscowosci Bourg St. Mourice. Stad wyruszam na kolejna przelecz Col de l'Iseran na ktora wiedzie 48 kilometrowy podjazd."
Taki niewielki fragment, ale na tyle starczylo mi czasu i cierpliwosci do klawiatury z poprzestawianymi literami.

sobota, 8 sierpnia 2009

Pierwsze przelecze z serii 2000

Wlasnie zjechalem z przeleczy Furkapass (2478 m) w Szwajcarii. Wspinaczka z miejscowosci Realp trwla 2,5 godziny. Zjazd to juz zupelnie inna zabawa. 10 kilometrow, czyli tyle samo co w gore i zaledwie 15 minut uciechy - jazda niesamowita. Furka to juz druga przelecz powyzej 2000m. Wczoraj przejechalem Oberalppass i na kondycje nie moge narzekac, jest lepiej niz przypuszczalem wiec oby tak dalej. Podjazd na Oberalpass odbywal sie w niesamowitym wrecz upale. Zar lal sie doslownie z nieba. Slonce bezlitosnie wbijalo swoje promienie niczym naostrzone sztylety. Gdy wiatr na chwile ustawal mialem wrazenie brniecia przez gesta mase, rozpalona do czerwonosci. Ostatnie 5 kilometrow podjazdu na Oberalpass to zmaganie sie z wiatrem, ktory dmuchal z przeleczy z taka sila, ze chwilami mialem problemy zeby utrzymac kierownice roweru. Zjazd byl juz o wiele bardziej przyjemny. Dzisiejsza Furka miala nieco inne oblicze. Slonce schowane za chmurami i przyjemny chlod podczas podjazdu. Przy zjezdzie natomiast palce u stop tak zdretwialy, ze jeszcze mam je cale sztywne. Ale warto bylo dla tej chwili radosci gdy pedzi sie w dol 50-60 km/h.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Zaczely sie Alpy, zaczela sie zabawa

Troche pozne te wiesci, wiec przejde od razu do rzeczy. 9 dzien wyprawy dobiega konca. Za mn juz Polska, Czechy, a jutro powinienem wyjechac y Niemiec. Tak naprawde to wczoraj roypoczela sie prawdyiwa wyprawa, y chwila gdy wjechalem na pierwsze alpejskie serpentyny. Wczesniej teren choc nieco pofalowany, szczegolnie w Czechach, to jednak byl dosc monotonny. Generalnie wokol same pola i tak naprwade to ciezko nawet internet znalezc bylo. Alpy bawarsko-trolskie przywitly mnie nieybyt owacyjnie. Wypadaloby nawet powiedyiec, ze chyba chcialy mnie od razu do siebie zniechecic. Ostrych podjaydow oczywiscie sie spodziewalem, ale yeby tak od razu 18% podjazdem we mnie stryelac? Prawie kilometrowy podjazd o takim nachyleniu naprawde pryetestowal moje sily. Od samego poczatku asfalt niemal stanal deba, moj obladowany rower zesza tez. Co chwila czulem jak przednie kolo podrywa sie do gory. Na samym koncu ostatkiem sil, manewrojac kierownica na wszystkie strony dotarlem do konca. Tego fagmentu oczywiscie, bo dalej zaczely sie tradycyjne alpejskie serpentyny. Juz nie tak strome, ale swoja dlugoscia i monotonnoscia drazace psychike jesycye bardzej. Wijacy sie po zocz asfalt powoli wprowadzal mnie w coraz bardziej nieprzyjayna scenerie. Nieustajacy deszcz i gestniejaca mgla sprawiala, ze zjazd byl jeszcze bardzej ryzykowny. Wiedyialem, ze jeden falszywy ruch moze sie zle zkonczyc. Tego dnia zdecydowanie nie zamierzalo przestac padac. W dodatku przy takiej pogodzie znalezienie dogodnego miejsca na rozbicie namiotu graniczylo wrecz z cudem. Wszystkie polabyly tak nasiakniete woda, ze przypominaly bardziej bajora na ktorych nawet kaczki sie nadomowily. Ostatecznie skonczylo sie na rozbijaniu namiotu w deszczu, bo jakzreby inaczej. Konsekwencje nie sa trudne do przewidzenia - powodz w namiocie i osuszanie wszystkiego po kolei. Jeszcze cala noc dudniace krople deszczu o tropik namiotu lomotaly jednostajnie i hipnotyzujaco niczym powtaryana mantra.
Dzsiaj Alpy troche daly za wygrana i przynajmniej jezeli chodzi o deszcz odposcily. Slonca co prawda nie widac, a geste chmury yakrywaja szczelnie poszarpane alpejskie wierzcholki, ale juz nie jest zle.
Pozdrawiam i do nastepnego razu. Obiecuje, ze jakas obszerniejsza relacja na pewno sie pokaze po powrocie, a tym czasem od czasu do czasu wrzuce krotkie info.

P.S Sorki za literowki, ale maja tu pozamieniane niektore litery na klawiaturze:)