niedziela, 29 listopada 2009

I Wrocławskie Spotkania Podróżników Rowerowych



I Wrocławskie Spotkania Podróżników Rowerowych
MDK Śródmieście
ul. Dubois 5, 50-208 Wrocław,
5 grudnia 2009, godz. 14:00-18:30


czwartek, 12 listopada 2009

Prezentacja na Włóczykiju 2010 - IV GRYFIŃSKI FESTIWAL MIEJSC I PODRÓŻY



Kolejna, czwarta edycja festiwalu Włóczykij odbędzie się w terminie 25 lutego - 6 marca 2010. Ja będę miał przyjemność podzielić się wrażeniami z mojej podróży do Dakaru 4 marca.

http://www.wloczykij.com/index.php?plik=pokaz&pokaz_ID=272&pokaz_kat=d





.

czwartek, 5 listopada 2009

Prezentacja z wyprawy


23 listopada, o godzinie 10:00, w bibliotece PWSZ w Koninie odbędzie się pierwsza prezentacja z mojej podroży rowerowej do Dakaru. Zapraszam bardzo serdecznie.

poniedziałek, 19 października 2009



Dojechalem juz do Dakaru, na liczniku 7835 km (plus te felerne 300 w campervanie:))
21 pazdziernika odlatuje do Mediolanu, a 23 wyladuje o 12.35 Krakowa. Do Konina wroce jednak wygodnie samochodem:) Prezentacja z wyprawy z pewnoscia sie odbedzie, ale trudo mi teraz powiedziec na kiedy ja przygotuje bo troche zaleglych spraw musze pozalatwiac, a niektore poodkrecac. Pozdrawiam i do nastepego razu... z jakiegos innego zakatka naszego pieknego globu.

P.S.
Sorki, ze tak krotko i zwiezle, ale czas mnie goni. Musze znalezc jeszcze jakies lokum na noc i wyjechac z cetrum Dakaru, co nie jest wcale takie proste:)

sobota, 17 października 2009

burzliwa koncowka

Na sam koniec wysypala sie na mnie doslownie lawina przygod ktore nie pozwalaja mi sie odprezyc nawet na chwile. Zaczynalem juz czuc rozluznienie podroza, ktora dobiega konca, ale nie ma tak lekko. Po awarii na pustyni, dwa dni temu dowiedzialem sie, ze moj lot z Dakaru do Rzymu zostal odwolany i linie lotnicze moga mi zaproponowac w zamian polaczenie do Mediolanu na 21 pazdziernika, czyli o dwa dni wczesniej. Zgodzilem sie bo z Europy to zawsze blizej do Polski niz z Afryki. Musialem kupic jeszcze nowy bilet do Polski bo poprzednio mialem leciec z Rzymu do Poznania. Zamienil sie wiec termin mojego powrotu do kraju. Przylece do Krakowa 23 pazdziernika. Nastepnie do Konina wroce pociagiem, jakie polaczenie jeszcze nie wiem, okaze sie co mi sie trafi w Krakowie, ale powinienem byc w Koninie wieczorem 23 pazdziernika. Postaram sie zamiescic informaje na blogu 23 pazdziernika.
Kolejna przygoda rowniez niezbyt mila spotkala mnie na granicy w Rosso, o ktorym slyszalem przed wyjazdem, ze nie jest to zbyt przyjazne miejsce. Chwila nieuwagi i bum, portfel rozplynal sie wyparowujac jak kamfora. Paszport zostal wiec tyle chociaz dobrego. Nie mialem karty, a gotowki tez nie za wiele zostalo, trzeba bylo szybko kupic bilety i potwierdzic zmiany przez internet, ktorego oczywiscie trudno bylo uswiadczyc. Po prostu esencja podrozowania. Ale nie ma tego zlego, zawsze w takich sytuacjach spotykam ludzi, ktorzy oferuja bezineresowna pomoc. Tak samo bylo i tym razem, wiec jest dobrze:) Obecnie siedze sobie u poznanych francuzow w Saint Louis w Senegalu ok. 250 kilometrow od Dakaru i za chwile wychodzimy na plaze bo jest strasznie goraco... ponad 30 stopni, chyba w Polsce mamyt roche chlodniej...
Do zobaczenia w Koninie i mam nadzieje, ze co ma sie chlodzic to jest juz w lodowce:)

poniedziałek, 12 października 2009

Z malymi klopotami, ale wazne, ze do przodu..

Obecnie jestem w stolicy Mauretanii, Nawakszut. Kilka dni temu mialem klopoty z rowerem na pustyni i dalsza jazda byla niemozliwa, wiec do Nawakszut dojechalem razem z francuzami, ktorzy akurat przejezdzali i zabrali mnie do swojego samochodu kempingowego. Teraz czekam na wize do Senegalu i w czwartek ruszam dalej. Pzostalo juz tylko 600 kilometrow i mam nadzieje, ze rower ostatkiem sil, ale dowiezie mnie do Dakaru:)

Przez noc przed szlabanem ustawila sie spora kolejka samochodow. Patrzac na niektore z nich nie mozna oprzec sie wrazeniu, ze samochod osobowy przypomina tutaj bardziej mala ciezarowke. Nikt z nas nie wpadlby nawet na pomysl zeby na dach, czy zamknieta klape tylnego bagaznika zaladowac taka ilosc rzeczy. Walizki, rowery, meble pietrza sie czasami na wysokosc trzech metrow, a cala konstrukcja wygieta w jedna strone przypomina krzywa wieze w Pizie. Wszyscy dziwia sie, ze jeszcze stoi i zastanawiaja sie jak to jest mozliwe. Zdarza sie, ze na samej gorze siedzi wystraszona owca zwinieta w klebek, ktora mozna porownac do wisienki na pietrowym torcie.
Tuz przed godzina 9 kiedy otwierana jest przejscie graniczne z Mauretania kazdy z oczekujacych konczy dopalac papierosa i uruchamia silnik samochodu. Podjazdza jak najblizej stojacego z przodu pojazdu zeby nikt sie nie wcisnal i nie zabral wyczekanego przez noc miejsca. Policja zaczyna przepuszczac kolejne samochody i jedyny rower, a po zalatwieniu formalnosci zaczyna sie "pas ziemi niczyjej". Przejezdzajac przez szlaban slysze za soba " bonne route" wypowiedziane przez straznika przekornie z lekkim usmiechem dla podkreslenia charakteru miejsca do ktorego wlasnie wkraczam. Okryty zla slawa "no man's land" to zaminowana kilku kilometrowa przestrzen pomiedzy Marokiem, a Mauretania. Tutaj urywa sie asfalt i rozpoczyna kamienista, zapiaszczona droga. Trudno wlasciwie nazwac to droga. Raczej platanina sladow pozostawionych przez samochody. Te, ktorym udalo sie w przeszlosci przejechac bo juz na samym poczatku strasza spalone wraki samochodow. Wizja "morderczj przeprawy" do Mauretanii, ktora przede mna roztaczano przed wyjazdem okazuje sie jakas bajka. W kilku miejscach musze pchac rower w grzaskim piasku, ale jezeli trafi sie na wlasciwa " droge", a nie jest to takie trudne jezeli przejezdza jakis samochod, to nie ma wiekszych problemow. Nie jest to oczywiscie spacerek, ale przesada jest mowienie, ze czeka nas 5 kilometrow pchania roweru. Pojawiaja sie wreszcie budynki po stronie Mauretani i zbliza sie kluczowy dla podrozy moment. Probuje przez chwile postawic sie w sytuacji, gdy w moim paszporcie nie pojawi sie pieczatka uprawniajaca do wjazdu na teren Mauretanii , ale ... zupelnie niepotrzebnie. Bez zadnego klopotu dostaje wize, niestety tylko na trzy dni. Mozna ja przedluzyc w Nawakszut, ale do przejechania pozostaje ponad 400 kilometrow. Zabieram sie wiec szybko do pracy. Po kilku minutach czuje, ze cos sie dzieje z tylna opona, ktora przybrala dziwny ksztalt. Opona najwyrazniej nie wytrzymala wyboistej drogi i przedarla sie w srodku, co spowodowalo, ze sie zdeformowala. Zamieniam ja z przednia zeby zmniejszyc obciazenie i ruszam dakej. Czuje jak kierownica caly czas podskakuje pomimo rownego asfaltu, ale wazne, ze udaje sie pokonywac kolejne kilometry. Przychodzi mi to jednak z duzym trudem, bo Sahara dopiero teraz tak naprawde budzi sie do zycia pokazujac jak wymagajace jest podrozowanie rowerem przez pustynie. Bardzo silny boczny wiatr obrzuca mnie coraz wieksza iloscia piasku. Natychmiast przywiera on do spoconych nog, ramion i twarzy tworzac szorstka warstwe, ktora przypomina pumeks. Kazdy samochod ciagnie za soba sciane piasku, z ktora musze sie zderzyc, a podmuch przejezdzajacej z przeciwka ciezarowki kilka razy zrywa mape umieszczona na kierownicy i zdmuchuje czapke z mojej glowy. Z trudem moge utrzymac wowczas rownowage. Warunki staja coraz gorsze, a dodatkowo okazuje sie to byc pechowy dzien. Najpierw opona, a teraz peka szprycha i tylne kolo natychmiast sie wygina. Zatrzymuje sie, ale ciezko jest ustac na tak silnym wietrze. Gdy probuje ocenic sytuacje tkwiac przez chwile w bezruchu mam wrazenie, ze piasek calego mnie zaraz zasypie. Za trzy dni musze byc w stolicy Mauretanii, a za soba mam dopiero 60 kilometow przejechane w slabym tempie. Jakakolwiek naprawa w takich warunkach jest praktycznie niemozliwa. Gdy w oddali pojawia sie wiekszy samochod postanawiam go zatrzymac bo wydaje sie to jedyne rozwiazanie zeby dotrzec do Nawakszut na czas. Cecile i Dominiqoue podrozuja z Francji samochodem kempingowym. Mowie im jaki mam problem i pytam czy nie podrzuca mnie no Nawakszut. W pierwszej chwili dostrzegam w ich oczach jak kalkuluja czy wszystko zmiesci sie w ich samochodzie, ale od razu sie zgadzaja. Po zaladowaniu roweru z calym bagazem do srodka nie pozostaje tam zbyt duzo miejsca. Dla mlodych francuzow nie stanowi to jednak problemu, podobnie jak ja maja pozytywne podejscie do nieprzewidzianych sytuacji. Takie wlasnie jest podrozowanie.
Patrze przez przednia szybe jak falujacy piasek przecina jezdnie. Wijace sie zolte wstegi przypominaja moje mysli, ktorych cale mnostwo klebi sie teraz w glowie. Do konca pozostalo juz tak niewiele, a rower postanowil wlasnie teraz wydac ostatnie tchnienie? Zamiast pokonywac kolejne kilometry na rowerze siedze w samochodzie i troche z wyrzutami patrze jak topnieja kilometry na betonowych slupkach. Byc moze tak wlasnie mialo byc? Podroz juz nie raz mnie zaskoczyla szykujac inny, ciekawszy scenariusz. Sytuacja, ktora wydaje sie byc problemem i zmienia nasze dotychczasowe plany czesto jest poczatkiem nowej przygody. Nauczylem sie juz przyjmowac to co zsyla los jako nowe wyzwania, z ktorymi trzeba sobie poradzic. Czasami warto zaufac przeznaczeniu zamiast snuc tysiace rozwiazan na to co moze sie wydarzyc. Oprucz planowania podrozowanie uczy kiedy lepiej pozwolic rzeczom po prostu sie toczyc. Krete, wyboiste drogi zawsze w koncu prowadza do czegos dobrego.
Gdy zbliza sie wieczor zatrzymujemy sie na pustyni przy malej stacji benzynowej, czyli dwoch dystrybutorach wystajacych z piasku. Opadajace coraz nizej slonce zmeczone pracowitym dniem przybiera blado pomaranczowy kolor. Tutaj pustynia jest inna niz w Saharze Zachodniej. Jakby bardziej pasujaca do moich wyobrazen o afykanskiej o pustyni. W ciagu dnia bardzo goraca, a teraz ciezko dyszy oddajac cale zgromadzone cieplo, ktore powoli wyparowuje. Gdy wieczorem klade sie spac w moim namiocie czuje, ze ziemia jest jeszcze caly czas nagrzana.

niedziela, 4 października 2009

Coraz dalej na poludnie - zdjecia







































Coraz dalej na poludnie

Dojechalem juz do Dakhli. Jutro ruszam w dalsza droge. Do granicy pozostalo niecale 400 km.

Coraz czesciej mam wrazenie, ze caly czas stoje w miejscu. Nie jest to wina wiatru, ktory okazuje mi duza laskawosc. O co wiec chodzi? Krajobraz przypomina zawieszony na scianie nieruchomy obraz. Wlasciwie jest on niezmienny. Patrze jedynie na czerwono biale betonowe slupki, na ktorych zmienia sie ilosc kilometrow. ustawione co dwa kilometry sa jedyna oznaka, ze cokolwiek w calym otoczeniu ulega zmianie. Prosta, plaska droga przemierza przestrzen, ktora jest wrecz przytlaczajaca. Mozna daremnie wytezac wzrok zeby dojrzec jej koniec. Ogarnac mozna tylko niewielki jej fragment, ulamek zaledwie, czasteczke. Prozno wypatrywac, ze linia horyzontu zacznie sie nagle zmieniac. Monotonia, ktora drazy psychike wkrada sie niepostrezenie do codziennej rzeczywistosci. Coraz czesciej trzeba zaciskac zeby i po prostu jechac przed siebie. Nie wiem czy mozna sie do tego przyzwyczaic, trzeba przez to przebrnac, a do konca jeszcze setki kilometrow pustyni. Nie przejezdzam juz przez wioski. Czasami raz na sto kilometrow pojawia sie stacja benzynowa lub restauracja. Budynek dlugo faluje wowczas w oddali jakby poruszany podmuchami wiatru, az wreszcie zaczyna sie zblizac. Zatraca sie powoli poczucie rzeczywistosci w takiej przestrzeni.
Pustynia, pustynia, pustynia. Pewnie wyjdzie na to, ze sam nie wiem czego chce, ale zaczynam chyba tesknic za gorami. Marzyla mi sie prosta droga bez podjazdow. Oto i ona. Nawet wiatr jest sprzyjajacy, wiec na co narzekac. Wieje taka nuda, ze gdyby nie goniacy mnie przez chwile pies to usnalbym na rowerze. Juz zaczynaly mi sie zamykac powieki. Po tym jednak wyostrzyla mi sie czujnosc. Nerwowo ogladam sie na kazda szeleszczaca na wietrze czarna reklamowke, upatrujac w niej czworonoznego napastnika. Nawet przygotowalem kilka kamieni, ktore leza w kasku zawieszonym na kierownicy. W razie potrzeby jest to moj jedyny srodek obronny, nie liczac roznych odglosow, ktore mozna wtedy wyartykulowac. Tak... jade i podziwiam widoki. Napawam sie ich nietuzinkowym pieknem przez setki kilometrow. Po lewej stronie pustynia, po prawej dla odmiany... pustynia.
Gwiezdziste niebo podczas nocy na saharze jest jedbak tak magiczne, ze nie zamienilbym tego na nocleg w zadnym hotelu. I zadna ilosc gwiazdek mnie nie skusi, bo moj "apartament"ma ich pod dostatkiem. Na czarnym jak smola niebie iskrza sie intensywnie jakby mialy dodatkowe zasilanie. Droga Mleczna jest tak widoczna, ze przypomina oswietlona autostrade i tworzy na niebie szeroka biala lune. Czesto zdarza mi sie w nocy wychylac glowe z namiotu i spogladac do gory. Nie znam sie konstelacjach, nie potrafie czytac z gwiazd, ale odnajduje tam cos fascynujacego. Taki nocny seans nie trwa zbyt dlugo bo moje powieki szybko robia sie ciezkie i buntuja sie, ze zmuszane sa do wysilku o tak nieprzyzwoitej porze.
O poranku ponownie slysze odglos trzepoczacego tropiku i charakterystyczne syczenie ziarenek piasku, ktore sie o niego obijaja. Namiot caly az sie ugina od podmuchow. Chyba pustynny harmatan na dobre sie przebudzil i teraz bedzie mnie nekal swoja obecnoscia. Wieje zdecydowanie mocniej niz zwykle. psychicznie przygotowuje sie na poranne "zapasy" z namiotem, ktorego bede musial "rozlozyc na lopatki", zeby lezal plasko na ziemi. Z mojej strony nie bedzie to czysta gra bo uzyje jak zawsze ciezkich kamieni. Nie mozna sie z nim dogadac po dobroci i jest to jedyna skuteczna metoda. Wychodze na zewnatrz zeby zrobic kilka zdjec wschodzacego slonca, ktore zaczyna malowac wspanialy pejzaz na potarganych cirrusach. Natychmiast uderza we mnie zimne powietrze naplywajace od strony pustyni. Jest naprawde zimno. Podczaz robienia zdjec dretwieja mi palce. Chowam sie do srodka, ale i tak nie ma sensu dluzej tego przeciagac. Warunki na pewno sie nie poprawia, a ruszac w dalsza droge trzeba. Powostaje jeszcze tylko poskladanie namiotu, "koronna konkurencja". Wyjmuje z podloza sledzie jeden po drugim. Nagle namiot jakby poczul zew wolnosci i postanawia odfrunac. Dobrze, ze trzymam jeszcze ostatnia linke bo inaczej szybowalby teraz nad Atlantykiem. Namiot unosi sie niczym latawiec. Sciagam go na ziemie i w pewnym momencie slysze trzask. Lamie sie aluminiowa konstrukcja i przebija tropik robiac w nim duza dziure. Wiedzialem, ze tak wlasnie sie to skonczyc. Namiot natychmiast zwija sie w klebek. Odplatuje go, zwjam i chowam do worka. Aluminiowa rurke konstrukcji trzeba usztywnic w miejscu pekniecia. Rozgladam sie dookola szukajac czegos co by sie do tego nadawalo. Jest. Aluminiowa puszka po sardynkach, ktore jadlem na kolacje. Wyjmuje z niej lekko powyginane przykrycie i formuje cos na ksztalt rurki. Wkladam do srodka obydwa konce zlamanej konstrukcji i calosc owijam bardzo dokladnie tasma. Wyglada na to, ze powinno wytrzymac kolejne ataki wiatru.
Pustynie zaczyna nabierac delikatnych rumiencow, a droga wije sie pomiedzy piaszczystymi wzniesieniami. Trwa to jednak tylko chwile i ponownie otacza mnie rozciagajaca sie jak okiem siegnac plaska przestrzen. Nie opuszczaja mnie spryjajace wiatry i szybko docieram do skrzyzowania przed Dakhla. Po raz kolejny moja intuicja zaczyna dawac mi jakies znaki. Moze jednak warto nadlozyc te 80 kilometrow i pojechac do Dakhli? Tak wlasnie postanawiam zrobic. Wysylam wiadomosc do Phila i Elspeth, ktorych poznalem w Laayoune. Od ponad roku mieszkaja oni w Dakhli. Pisze, ze znajde chwile czasu zeby ich odwiedzic. Natychmiadt otrzymuje odpowiedz, ze moge przyjechac kiedy tylko mam ochote. Elspeth pisze, ze Phil jest chory, zlapal grype, ale na wlasne ryzyko moge u nich sie zatrzymac. W takim razie jutro z samego rana bede w Dakhli. Tymczasem rozbijam namiot na pustyni. Pekniety stelaz trzyma sie doskonale. Powinien wytrzymac te kilkanascie nocy.

poniedziałek, 28 września 2009

Coraz wiecej pustyni

Jestem juz w Laayoune w Saharze Zachodniej. Do Dakaru pozostalo okolo 1900 kilometrow. Pustynia zaczyna sie powoli na calego.

Gdy wczoraj rozkladalem namiot na piasku nie sadzilem, ze o poranku bedzie mokry jak po obfitej ulewie. Przeciez w nocy nie padalo. Takie pustynne "czary mary"? Cala wielka tajemnica wyjasnia sie gdy wychodze na zewnatrz. Cienka powloka mgly przetacza sie ponad krzewami niczym zawieszona w powietrzu rzeka i zrasza wszystko dookola pozostawiajac drobne kropelki wilgoci. Powietrze jest rzeskie i daje uczucie chlodu. W sam raz do jazdy. Majac juz jedna przygode z piaskiem za soba wiem, ze w mgnieniu oka przywiera on do wszystkiego. Ostroznie wystawiam sakwy na zewnatrz zeby nie narobic sobie dodatkowego klopotu. Pozostaje jeszcze zwiniecie namiotu. No tak, jest on caly mokry, a dookola piach. Absolutnie nie mam ochoty babrac sie w blocie z samego rana, ale poskladac go trzeba. Rozkladam ociekajacy woda tropik na jakims krzewie i krok po kroku niczym origami skladam go do porzadanych ksztaltow. Troche wiecej czasu niz zwykle zajmuja mi te poranne czynnosci, ale gdy stoje juz na drodze moge odetchnac z ulga. Przez jakis czas mgla sie jeszcze utrzymuje. Widocznosc spada w pewnym momencie do kilku metrow, ale wszystko to chyba takie przekomarzanie sie saharyjskiej aury. Juz w wystarczajacy sposob pokazala mi, ze nie jest monotonna jak to sie powszechnie uwaza. Robi to tak umiejetnie, ze zaczalem sie zastanawiac, czy ja w dobrym kierunku jade. Czy na pustynie to tutaj? Konczmy ta "maszkarade". Co ja w domu powiem, ze pustynia jest bardzej mokra niz lato w Manchesterze? Chyba rzeczywiscie dosyc juz tej zabawy. Niebo powoli sie przeciera, mgla zanika, a przede mna rozposciera sie nieogarnieta przestrzen. 20 kilometrow przed Tan Tan znajduje sie pierwszy postarunek zandarmerii, a w samym miescie nastepny. Panowie w mundurach ogladaja paszport, pytaja w jakim celu? skad? dokad? Czyli rutynowa kontrola. Cala procedura przebiega bardzo sprawnie i w milej atmosferze, bo jak informuja oni sa tutaj dla mojego bezpieczenstwa. W Tan Tan spedzam dwie godziny na internecie, a gdy wychodze slonce grzeje juz na calego. Tuz za miastem droga wdrapuje sie mozolnie na wydme, ktora widzialem juz z daleka i wiedzialem, ze mnie to nie ominie. Jest stromo, pod wiatr i nic wiecej nie dodam. W polowie podjazdu spotykam pierwszego rowerzyste podrozujacego po Maroku. "Hello, how are you?"Moze to dziwne, ale natychmiast zorientowalem sie, ze nie w tym jezyku sie odezwalem, a pytanie bylo niepotrzebne. Powinienem zapytac " czesc, jak leci?" Oczywiscie, ze to Polak. Tak mi sie wlasnie wydawalo. Nie wiem dlaczego, ale najwidoczniej swoj swojego zawsze pozna. Chwile rozmawiamy, no moze troche dluzej niez chwile i wymieniamy nasze wrazenia na temat Maroka. Jedzemy jeszcze razem do Tan Tan Plage, a potem ja kieruje sie na poludnie. Milo jest spotkac po tak dlugim czasie kogos kto czuje podobny klimat i w dodatku jest jest swoj wlasny oryginalny Polak. Pozostala mi jeszcze godzina jazdy, a licznik nie wskazuje oszalamiajacego rezultatu. Widzac jednak tak niepowtarzalne miejsce na nocleg natychmiast naciskam na hamulce i zjezdzam z drogi. Kilometry zawsze mozna nadrobic. Rozstawiam namiot na skraju klifu, ktory opada wprost do Atlantyku. Tutaj ocean jest zupelnie inny. Zywy, pelen werwy i w niczym nie przypomina tego sprzed kilku dni. Z potezna sila miota fale na sklne sciany wydajac przy tym przerazliwy ryk. Nie wychodzac z namiotu patrze przez chwile na ten spektakl rozgrywajacy sie w dole. Zaczyna sie zachod slonca i glowna scena przenosi sie nieco wyzej. Unosze tylko wzrok i sledze ogromna kule, ktora coraz glebiej znurza sie w wodach Atlantyku az w koncu tonie w jego otchlani za horyzontem. Czasami podczas podrozy jestesmy obdarowywani takimi wlasnie prezentami. Trzeba sie tylko domyslic, ze to tu i teraz. Gdy nasza intuicja zaczyna desperacko krzyczec najlepiej jej wtedy po prostu zaufac.
Gdy odsuwam zamek od wejscia do namiotu natychmiast uderza we mnie delikatne morskie powietrze o intensywnej charakterystycznej woni. Chyba moglbym co rano budzic sie a takim miejscu jak to. Pierwsze co ukazuje sie moim oczom to ten dramatyczny i piekny zarazem obrazek u podnoza klifu. Strzepy bialej piany unosza sie nad poszarpanymi skalami i fale, ktore napieraja z ogromna sila jakby chcialy je rozlupac na kawalki. Niby ten sam spektakl co wieczorem, a w promieniach wschodzacego slonca odgrywane sa kolejne jego akty. Inne barwy, inne cienie, inne emocje. Na calej widowni jestem tylko ja. Siedze w lozy na najwyzszym pietrze i patrze jak ten sam scenariusz powtarza sie z kazda sekunda niczym mantra. Nie ma w nim jednak ani kszty monotonii. Chwilowy relaks przerywa mysl, ze wypadaloby cos dzisiaj "ujechac" bo od patrzenia i marzenia nie wiadomo o czym to kilometrow raczej nie ubedzie.
- Znalazl sie madry. A mentalne nastawienie? Wlasnie nad nim pracuje. Czasami tez potrzebuje odprezenia.
- Wydaje mi sie, ze lepiej bedzie jak sie sprezysz i ruszysz zadek z namiotu.
Moja wewnetrzna motywacja. Nie zna litosci, zawsze sprowadzi czlowieka na ziemie . Ze ja sobie taka zmije na wlasnej piersi wyhodowalem. Wyruszam troche pozniej niz zwykle. Kikadziesiat kilometrow droga prowadzi tuz przy klifowym wybrzezu Atlantyku. Zaczynaja sie dlugie proste odcinki od czasu do czasu urozmaicone zjazdami i podjazdami gdy przekraczam jakis oued (koryto rzeki) lub wydmy. Po prawej stronie az po horyzont rozciaga sie niebiesko zielonkawy ocean, ktory nieustannie pomrukuje w dole. Po lewej zas Sahara. Nieogarnieta przestrzen plaskiej, kamienistej pustyni. Przed soba widze plaski jak stol i prosty jak strzala pasek asfaltu. Zadnych gor. Na to czekalem przez 6000 kilometrow. Jedynie wiatr bywa czasami uciazliwy i probuje utrudniac jazde. Ale co tam. Na razie wszelkim podjazdom i serpentynom mowie stanowcze "nie". W dodatku zaczynaja sie pojawiac piaszczyste wydmy, ktore w promieniach slonca mieniasie zocistym kolorem. Uformowane przez wiatr przybieraja przerozne formy. Podluzne, kopulaste, szerokie, waskie. Kazda z nich jest piekna i wyjatkowa. Razem wygladaja jak lawica ryb, ktora zwarta przemierza morskie glebiny. Z czasem pojawia sie ich coraz wiecej. Atlantyk znika gdzies w oddali, a na jego miejsce pojawia sie ocean piasku. Monumentalne wydmy tkwia niczym piaskowe rzezby przypominajace morskie fale, ktore zamarly w bezruchu. Lagodne ksztalty sa zaostrzone przez czarne cienie, ktore przesuwaja sie po ich powierzchni z duza gracja. Wiele razy zatrzymuje sie zeby dokladnie sie im przyjrzec. Mam nadzieje, ze Sahara bedzie mnie tak zaskakiwac do samego konca. Juz teraz wiem, ze znalazlem sie w jednym z najpiekniejszych miejsc na ziemi. Caly czas mam jednak duzo pokory i czuje duzy respekt do tego miejsca.

piątek, 25 września 2009

Czy to, aby na pewno Sahara? - zdjecia









Czy to, aby na pewno Sahara?

Wygladam rano z namiotu i kieruje wzrok na Atlantyk, ktorego kawalek widoczny jest pomiedzy dwoma wzniesieniami. Slychac go za to doskonale. Szum fal rozbijajacych sie o skaliste wybrzeze niesie sie gluchym echem bardzo daleko. Jednoczesnie sprawia wrazenie nieco ospalego. Unosi sie nad nim delikatna mgielka, ktora zamazuje zupelnie linie horyzontu i nadaje mu niewyrazny wyglad. Ocean jakby od niechcenia wypuszcza kolejne fale i najchetniej wylozylby sie plackiem tworzac plaska tafle wody. Nawet zabawiac nie ma kogo bo turystow jak na lekarstwo, a hotele dopirero buduja. Szumi jednak i pieni sie bo co ma robic. Moze juz niedlugo bedzie kolysal spragnionych wrazen wczasowiczow. Poki co bardziej przypomina ocean widmo, ktory mruczy gdzies w dole jakby jego odglosy wydobywaly sie zza swiatow.
Gory opadajace do samego Atlantyku zanurzaja sie w jego wodach tworzac strome skaliste wybrzeze. Jednoczsnie droga, ktora na mapie prawie pokrywa sie z linia brzegowa nie jest tak plaska jak mogloby sie wydawac. Wznosi sie i opada, a krotkie podjazdy sa momentami bardzo strome. Dziesiec kilometrow przed Sidi Ifni zatrzymuje sie na Legzira Plage, zeby przez chwile zawiesic wzrok na ogromnych lukach skalnych obmywanych przez ocean. Najpierw musze zjechac po bardzo kamienistej drodze, ale przejezdzajac tedy nie moge tak po prostu ominac tego miejsca. Mysl o drodze powrotnej probuje odepchnac jak najdalej. Mysl pozytywnie. Zaraz bedziesz na przepieknej plazy. Rzeczywiscie miejsce jest tak bardzo "chillout'owe" jak tylko mozna to sobie wyobrazic. Nie dotarla tu jeszcze "wielka turystyka", ale widzac duzy potencjal stawia juz pierwsze kroki i u gory na klifie powstaje snobistyczny moloch. Jedyna nadzieja dla Legzira Plage jest fakt, ze przy samej plazy nie mozna juz nic zbudowac. Znajduje sie tu kilka malych hotelikow, ktore przycupnely przy pionowej scianie klifu. One rowniez skladaja sie na klimat tego miejsca i co rzadko sie zdarza doskonale komponuja sie z przyroda tworzac z nia spojna calosc. Obecnie nie ma zbyt wielu turystow. Cisza i spokoj w takim miejscu to jak wygrana na loterii. Ja jednak nie moge przyjac tego szczesliwego kuponu, ktory wpadl mi w rece. Musze jechac dalej i zadowalam sie krotkim spacerem po plazy, ktory tylko podsyca apetyt na kolejne leniuchowanie. W oddali znajduja sie juz widoczne luki skalne, a wlasciwie jeden, ale za to bardzo poteznej postury i inne bajeczne formacje skalne. Az zal stad odjezdzac. Z Sidi Ifni do Goulmim prowadzi droga przez gory. Znowu gory. 53 kilometry przeplatajacych sie pojazdow i zjazdow. Znowu serpentyny. Myslalem, ze to juz koniec, a tu prosze. Dzisiaj nie docieram do Goulmim. Pozostaje mi na jutro 26-kilometrowy odcinek.
W nocy niebo bylo zupelnie bezchmurne. Z samego rana zrywa sie wiatr, ktory ciagnie za soba szara kotare. Zaczyna padac, no moze mzyc, ale jednak. Gory, deszcz, gdzie ja wlasciwie jestem, u progu Sahary? "Gateway to the Sahara", czyli miasto Guelmim i jak napisano w przewodniku "miasto zapylone" dzisiaj tonie w strugach deszczu. Nie jest to zjawisko niecodzienne bo jak poinformowaly mnie dzieciaki, ktore bardzo zainteresowaly sie moim rowerem, pada tutaj czesto. To moze zamiast roweru kajak powinienem zabrac, byloby latwiej. Wiem, ze za te drwiny spotka mnie sroga kara. Ulicami Goulmim razem z woda plynie caly miejski brud. Pryska spod kol na sakwy, ktore przybieraja czarny kolor i na moje nogi, ktore czarnieja jeszcze szybciej. Wedlug sloganu otworzyly sie wlasnie przede mna "saharyjskie bramy". A gdzie fanfary? Jedyna powitalna melodia to odglos kropel deszczu uderzajacych o asfalt. Gdy przestaje padac cala wilgoc zgromadzona na drodze natychmiast zaczyna parowac. W nozdrza uderza parne powietrze, geste i ciezkie. Jezeli z obrazka usuniemy aure to rzeczywiscie rozpoczyna sie pustynna sceneria. Drobne kamyczki zascielaja wszystko dookola tworzac kamienista hamade przeplatana lachami piachu. Porastaja ja kepy traw i suche najczesciej cierniste krzewy. Cywilizacje pozostawiam powoli za plecami i tylko czasami wynurzac sie bedzie w postaci pojedynczych wysepek na pustynnym oceanie. W polowie drogi do Tan Tan znajduje sie jedyna wioska. Biore wode i jade jeszcze kilkanascie kilometrow. Przestrzeni mam teraz pod dostatkiem. Gdy zjezdzam z trasy rower natychmiast zapada sie w grzaskim piachu. No prosze, czyli jednak pustynia. Schodze z roweru i zaczynam go pchac, chociaz nie jest to latwe. Rozbijam namiot miedzy krzewami, ale przytwierdzenie go do miekkiego podloza to iscie syzyfowa praca. Mozna tak probowac do bialego rana, a sledzie i tak wyskakuja z piachu. W koncu cala konstrukcja przybiera porzadany ksztalt, chociaz mam nadzieje, ze silne wiatry nie zechca jej przetestowac.
Dzisiaj z samego rana pustynia ponownie mnie zaskakuje. Caly swiat dookola zatopiony jest w gestej mgle, ktora daje przyjemny chlod i uczucie rzeskosci. I jak tu nazwac pustynie monotonnym miejscem...

czwartek, 24 września 2009

Aktualna lokalizacja

Moja obecna pozycja to Guelmin. Miasto nazywane jest "Getaway to the Desert". Kieruje sie juz bezposrednio na poludnie. Nastepne wieksze miejscowosci to Tan-Tan, Laayoune, Dakhla. Pozniej pozostaje przekroczenie garanicy z Mauretania i miejmy nadzieje, ze mnie nie zawroca bo ostatnio kilku osobom nie wydali wizy na granicy. Wszystko zalezy najwidoczniej od humoru straznikow. Od granicy pozostanie niecale 500 km bezuldnej pustyni do stolicy Mauretani Nawakszut. Tam juz tylko wykupienie wizy do senegalu i cala naprzod do Dakaru. Krotko mowiac jeszcze tylko okolo 2300 km.

fotki z ostatnich kilku dni